Przejdź na stronę główną Interia.pl

Dworzec w Gdańsku

Nigdy nie lubiłam Sajgonu. Jest taki francusko-amerykańsko-nowowietnamsko-zepsuty.

To, że nazwali to miasto Ho Chi Minh City, wcale nic nie znaczy. To tak jakby pewnego dnia przechrzcić Lolitkę na Marię Magdalenę i oczekiwać, że z tym momentem stanie się święta. Gdyby Jezus nie okazał miłosierdzia Marii Magdalenie, pewnie do końca życia byłaby prostytutką. Ho Chi Minh z pewnością nie był Jezusem, nawet jeśli wielu Wietnamczyków w to ciągle wierzy. Był przesiąkniętym do szpiku kości komuchem propagującym konfucjanizm i pogardę dla wszystkiego co bliskie Jezusowi.

Reklama

Aż trudno mi uwierzyć, że kiedyś byłam gotowa poświęcić dla niego życie. Urodziłam się na północy, w Hanoi. Tam żyłam i w pewnym sensie żyję do dzisiaj. W Sajgonie tylko mieszkam. Od 34 lat. Dwa lata przed Sajgonem mieszkałam niedaleko stąd, pod ziemią, w Cu Chi*. A przed tunelami Cu Chi byłam w Gdańsku. Tam także żyłam. Czasami wydaje mi się, że tam żyłam najbardziej…

Thang ma błyszczące oczy i figurę nastolatki. Jej obie dłonie, aż po nadgarstki, są pokryte rozległymi bliznami po oparzeniach. Trudno określić, ile ma lat. Skóra wokół oczu jest gładka. Podobnie jak czoło. Krótkie włosy są kruczoczarne. Mówi płynnie po polsku, ale z wyraźnym akcentem. Gdy pracownik hotelu zbliża się do nas z tacą z kieliszkami wina, zamyka oczy i przyciska do siebie pośpiesznie książkę obłożoną w brązowy papier. Tak jak gdyby bała się, że mógłby jej ją zabrać.

Pan wie tak samo dobrze jak ja, że pewne zdarzenia w życiu pozostawiają trwałe ślady. Ale tych szczególnych nie można w żaden sposób usunąć. Są bardziej trwałe niż tatuaże. Są trwalsze niż wszystkie blizny. Te moje, te na rękach, to tylko Orange**. Żadne ważne. To nie blizny. To tylko normalna kolej rzeczy. Były tutaj takie czasy, że pomarańczowo było wszędzie. Jak teraz normalna jest szara mgła ze spalin skuterów i aut w Sajgonie. Ja mam tylko blizny na dłoniach. Moje koleżanki nie mają śladów oparzeń, ale za to urodziły po Orange potworki. Amerykanie nie chcieli, aby kobiety rodziły w Wietnamie przyszłych partyzantów. Dlatego albo je zabijali bombami, albo rozpryskiwali Orange.

Ja urodziłam mojego syna później. Jest normalny. Zdrowy, mądry, kochany i… mówi po polsku. Był taki czas, że chciałam urodzić go pewnemu Polakowi. W Gdańsku. On miał już ze swoją żoną dwie córki, ale marzył o synu. W 1968 miałam 20 lat. Byłam zdrowa, byłam komunistką i chciałam być lekarzem. Pociągiem przez Chiny, Mongolię i Związek Radziecki po trzech tygodniach podróży dojechałam do Dworca Głównego w Gdańsku. W ramach „bratniej pomocy” Polska przyjmowała wtedy „braci studentów” z Wietnamu. W akademiku byłam obca i „żółta”. Nawet jeśli to pana urazi, to powiem panu, że Polacy są strasznymi rasistami.

Ale on nie mieszkał w akademiku. Mógłby być moim ojcem. Był chirurgiem i docentem w akademii. Najpierw mnie zachwycił mądrością i skromnością, potem rozkochał w sobie, a potem zabierał mnie do łóżka. Czasami, w przerwach, najczęściej w hotelach, gdy się nie kochaliśmy, włączał telewizor. Gdy pokazywali bombardowania Wietnamu, zdarzało mu się płakać. Dziwny był, chirurg i poeta, i neurastenik jakiś. A potem przepięknie klął, wyłączał telewizor, pił wódkę z butelki i zapominał o wszystkim. I szeptał moje imię, kładł mnie na łóżku i dotykał tak, jakby to był nasz ostatni raz. Mężczyzna powinien zawsze dotykać kobiety tak, jakby to był pierwszy i ostatni raz. I całował mnie tak, jak gdyby był to ostatni pocałunek. Na dworcu lub na lotnisku. Po pięciu latach tą samą drogą przez Związek Radziecki, Mongolię i Chiny wróciłam pociągiem do Hanoi. Z tego samego śmierdzącego moczem dworca w Gdańsku.

Nie było go w tym dniu na tym dworcu. Wracając, nie byłam już tą samą Wietnamką. Byłam tęsknotą, bólem, samotnością i grzeszną wietnamską Polką. Najpierw przepraszałam jego żonę, a potem recytowałam sobie na głos Gałczyńskiego w pociągu. Po raz pierwszy już w Tczewie, potem w Moskwie, a potem tuż przed Hanoi. Jak to brzmiało? „Gdybyś mnie kiedyś miał przestać kochać, nie mów mi tego , Bóg tego także nie czyni ”. Co za kiczowata bzdura! Ale wtedy taka nie była. Była jak najważniejsza modlitwa. Chciałam być z nim albo umrzeć. Umrzeć w Wietnamie wtedy było bardzo łatwo.

Dwa miesiące po powrocie do Hanoi przejechałam, przeszłam, przeczołgałam się „drogą Ho Chi Minha” przez Laos i Kambodżę do Sajgonu i stamtąd do Cu Chi. To ponad dwa tysiące z hakiem kilometrów od mojego domu. Czasami, gdy budziłam się rano w dżungli, obok leżały trupy śmierdzące spalenizną i były leje po bombach z B52 większe niż cały obszar dworca w Gdańsku. Nigdy nie zapomnę wejścia do pierwszego kanału w Cu Chi. Szpital był na trzecim poziomie pod ziemią. Młody chłopak przed pokrywą kanału nazywał mnie „polską panią doktor” i kazał pożegnać się ze słońcem. Zsunęłam się do kanału i on zamknął pokrywę. Zaczęła się ciemność. Trwałam w tej ciemności przez dwa lata. Tylko podczas operacji zapalało się światło. Gdy przecinałam skalpelem ich brzuchy, ich podbrzusza, ich plecy, ich głowy, zawsze słyszałam w swojej głowie, po polsku, jego głos: „Zminimalizuj cierpienie, to jest czyjś syn lub córka”.

Jego głos słyszałam. I słyszę go do dzisiaj. Po polsku słyszę. Powie mi pan teraz, jaki jest dzisiaj dworzec w Gdańsku? Po polsku mi pan opowie? Proszę…

* Cu Chi – sieć podziemnych kanałów o dł. ponad 200 km, w pobliżu Sajgonu, u, wykorzystywanych przez partyzantów Wietkongu podczas wojny wietnamskiej.

** Orange Agent – 2,3,7,8-tetrachlorodibenzo-p-dioxin, broń chemiczna stosowana masowo przez armię amerykańską w trakcie wojny w Wietnamie.

Tekst pochodzi z magazynu

Pani

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje