Przejdź na stronę główną Interia.pl

Do dzisiaj nie wiem, dlaczego…

Jego mieszkanie jest tak samo "nieżywe" jak biurko w instytucie. Białe, sterylnie czyste, niewiarygodnie puste, bez żadnej historii...

Gdybym nie dzielił z nim od dwunastu lat biura, nigdy nie uwierzyłbym, że przy tym biurku ktoś pracuje. Żadnych kartek papieru z wyblakłymi notatkami z ubiegłego roku, plam po herbacie lub kawie, żółtych karteluszek z numerami telefonów, żadnych trzech filiżanek z niedopitą kawą, fotografii kobiety z dzieckiem lub dziećmi w ramkach, gazet sprzed tygodnia, okruchów po kanapkach.

Reklama

Biały, gładki, eliptyczny blat przylegający krawędzią do metalowego stolika, na którym stoi monitor komputera. W jego mieszkaniu tuż obok wąskiego łóżka przykrytego szarą, wypłowiałą narzutą stoi takie samo biurko, tak samo przerażająco puste. Monitor także jest taki sam i też stoi na metalowym stoliku przylegającym do biurka. Na ścianach nie ma żadnych fotografii, przy łóżku na podłodze leży kilka książek, na blacie nocnego stolika stoi telefon. Identyczny z tym w biurze.

Pracując z nim biurko w biurko, niezamierzenie podsłuchuję jego rozmowy telefoniczne. Pomijając te służbowe, Klemens dzwoni, nazwijmy to, prywatnie czternaście razy w roku. Dokładnie tak: czternaście. Raz w miesiącu, zawsze w poniedziałek, umawiając się na strzyżenie, i dwa razy w roku - na wymianę opon w swoim golfie. W październiku z letnich na zimowe, a w marcu na odwrót. Do niego spoza firmy nie dzwoni nikt. Żaden mężczyzna, żadna kobieta i żadne dziecko. Bo Klemens dzieci nie ma. Nie ma także żadnego mężczyzny ani żadnej kobiety. Odkąd pięć lat temu umarła jego matka, nie ma nikogo.

O tym, że mieszka jedynie z matką, także szeptano na piętrze. Bo jak to? W tym wieku? Ciągle u mamuni? Podobnie szeptano o tym, że został zupełnie sam, gdy umarła. Pogrzeb musiał być w sobotę, bo inaczej wziąłby należny mu dzień urlopu i wiedziałbym o tym. Ponadto byłaby to ogromna sensacja na piętrze, ponieważ Klemens jako jedyny w korporacji urlopów nie bierze. Ani takich na jeden dzień, ani tym bardziej takich na dłużej.

Komuś w końcu się to "bezprawie" bardzo nie spodobało. Bo Niemcy to kraj niekiedy groteskowo socjalny. Nie można nie brać urlopów. I to musi dotyczyć wszystkich. Tak postanowiono na jakimś zebraniu rady zakładowej. Byłem naocznym świadkiem jego przerażenia podczas obwieszczenia mu tej decyzji. Pani z tak zwanych kadr cichym głosem powiadomiła go pewnego poranka, że "w związku z decyzją...". Tydzień później w poniedziałek Klemens nie pojawił się w biurze. Wrócił po sześciu tygodniach. Pierwszy raz, odkąd go znam, nie miał na sobie brązowego swetra, brązowych spodni, brązowych butów i białej koszuli.

Siedzimy przy plastikowym stoliku w rogu kuchni. Pijemy herbatę. Gdybym opowiedział to w instytucie, i tak nikt by w to nie uwierzył. Klemens nigdy dotąd nikogo do siebie nie zaprosił. Gdyby nie konieczność podania adresu, większość sądziłaby, że on adresu w ogóle nie ma. Adres kojarzy się z domem, prywatnością, rodziną. Klemens z niczym takim kojarzony nie był.

- Zaprosiłem pana, ponieważ bardzo pana lubię - zaczyna mówić zawstydzony. - Ponadto zna pan język polski - szybko dodaje. - W czasie urlopu poleciałem na Florydę. Musiałem gdzieś wyjechać, aby jakoś to przetrwać. Musiałem być jak najdalej od biura. Moja mama kiedyś poznała amerykańskiego oficera z Key West. Stacjonował w bazie w Eschborn niedaleko Frankfurtu. Rok później urodziłem się ja. Ten żołnierz nigdy się o tym nie dowiedział. Wrócił do Stanów przed moim urodzeniem.

- Znalazłem ostatnio w szpargałach w piwnicy kilka fotografii i jego adres. Sprzed pięćdziesięciu lat. To był tylko pretekst, ale chciałem mieć jakiś ważny powód, aby wyjechać. Poszukiwanie ojca wydało mi się do tego idealne. Już w Miami na lotnisku wszystko było nie tak. Czekałem sześć godzin na auto, które zarezerwowałem! Amerykanie to bardzo nieodpowiedzialni ludzie. Dotarłem do Key West po północy. Anulowano moją rezerwację w hotelu. W małym Key West jest więcej hoteli niż w całym Frankfurcie, tyle tylko, że okropnie przepełnionych.

- Spałem w samochodzie na parkingu stacji benzynowej. Pierwszy raz w życiu nie w łóżku. Rano obudziła mnie pukaniem w szybę młoda kobieta. Przyniosła mi gorącą kawę. Nigdy dotąd nie piłem tak okropnej kawy. Czekałem na tej stacji do popołudnia. Aż skończy pracę. Obiecała pojechać ze mną pod ten adres sprzed pięćdziesięciu lat. Mogłem przecież sam, ale nagle poczułem, że chcę z nią. Do dzisiaj nie wiem, dlaczego. Pod tym adresem nikt nie słyszał o moim ojcu. Ale to nieważne. Wieczorem zabrała mnie na spacer. Nigdy dotąd nie byłem z kobietą na spacerze. Potem znalazła mi jakiś motel. Rano przyjechała z kawą i kanapkami. Któregoś razu na spacerze wzięła mnie za rękę.

- Miałem być na tej Florydzie tylko tydzień. Zostałem pięć. Piszemy do siebie. Każdego dnia. Wczoraj przysłała mi jakiś wiersz. Po polsku, bo ona jest z Polski. Napisała, że jak mi na niej zależy, to sobie przetłumaczę. Jeszcze nigdy na nikim mi tak nie zależało jak na niej. Przetłumaczy mi pan ten wiersz?

Janusz L. Wiśniewski był rybakiem dalekomorskim, jest dr. informatyki i dr. hab. chemii. Napisał m.in.: "Samotność w Sieci", "Na fejsie z moim synem. Historię surrealistyczną", "Bikini", "Łóżko" , "Grand ", a razem z Małgorzatą Domagalik "188 dni i nocy" i "Między wierszami", oraz wspólnie z Iradą Wownenko "Miłość oraz inne dysonanse". Ostatnio wydał (we współautorstwie) zbiór opowiadań "Kulminacje" oraz kolekcjonerską edycję antologii swoich opowiadań ostatniej dekady pt. "Moje historie prawdziwe". Mieszka i pracuje we Frankfurcie nad Menem. Ma dwie córki.

Tekst pochodzi z magazynu

Pani

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje