Przejdź na stronę główną Interia.pl

Ciąża w czasach kryzysu

W notatce, która ukazała się następnego dnia w brukowej gazecie, napisano o bezprecedensowym ataku psychicznie chorej Polki (lat 35), która grożąc pistoletem pracownicy urzędu pracy, chciała wymusić na niej...".

Wszystko w tym tekście mijało się z prawdą. Atak wcale nie był "bezprecedensowy". Już dwa razy przed nią zdesperowani ludzie grozili atrapami pistoletów w tym urzędzie. Precedens polegał na tym, że ona miała prawdziwy pistolet. Nienaładowany, ale prawdziwy. Ponadto z pewnością nie jest czubkiem. Jest tylko w depresji, a to nie choroba, lecz "aktualny stan nastroju". Jest w nim od osiemnastu miesięcy, ale psychicznie chora nie jest.

Reklama

Nie jest także Polką. To znaczy jest i będzie, ale nie według paszportu i "kwitów, które mają na nią w ratuszu". Zrzekła się polskiego obywatelstwa, gdy po ośmiu latach pobytu nabyła prawa do niemieckiego. Miała dosyć nękania urzędu imigracyjnego, poniżających testów na AIDS i absurdalnych pytań w formularzach. Miała pecha. Przyjechała tutaj, zanim przybyła tu zjednoczona Europa, ta bez paszportów. Zrzekła się, jednym podpisem złożonym po pijanemu, przepłakanym potem przez całą noc, i ten szmatławiec powinien wiedzieć, że od dwunastu lat jest "prawdziwą Niemką" z prawdziwymi papierami i z prawem wyborczym, z którego nigdy nie korzysta. Ona jest z Krakowa i zawsze będzie z Krakowa, i paszport nie ma tutaj nic do rzeczy!

Poza tym nie groziła pistoletem żadnej "pracownicy". Nigdy nie groziłaby kobiecie! Groziła pistoletem temu obślinionemu burakowi przy drugim biurku, licząc od pancernej szafy, w której trzymali akta. To on był tam kierownikiem i tylko on otwierał tę najważniejszą szafę świata, i to on nazwał ją z pogardą w głosie "kryzysową bankówką". Gdy przychodziła do urzędu "zrobiona" i w krótkich spódnicach, obiecywał jej o wiele więcej, niż kiedy pojawiała się w spodniach bez makijażu.

"Kryzysowa bankówka". Brzmiało prawie jak "tirówka". W pewnym sensie była taka... Monitorowała w banku podania o kredyty. Tuż przed bankructwem wydawało się jej, że jest nie tylko zbędna, ale nawet swoimi opiniami przeszkadza. Na końcu nikt i tak nie czytał jej analiz. Gdyby właściciel budki z kebabem napisał, że ma biznesplan na wielką internetową budę z kebabem i potrzebuje dwieście tysięcy euro, też by mu dali. Wystarczyło, że zgodziłby się na procenty. Większość się zgadzała, bo to była świetlana przyszłość bez procentów. Wprawdzie tylko w pierwszym półroczu. A potem się jakoś zobaczy. Ta spekulacyjna bańka musiała pęknąć. Nie trzeba być drugim Keynesem, aby to wydedukować.

I bańka z hukiem pękła. Akurat gdy ona była już w ciąży. Z "jednym takim" z najwyższego piętra w biurowcu. Najpierw ją oczarował i uwiódł, potem ją omotał i awansował, a na końcu przez dwa lata przychodził uprawiać z nią seks. Gdy "to" się zdarzyło i nie zgodziła się "na dyskretne załatwienie tego w najlepszej klinice w Szwajcarii", oszalał. Najwyższe piętro w biurowcu, udawane przywiązanie do chrześcijańskiej partii, bank opisywany regularnie w kupionych reklamami gazetach, wizyty z "najbliższego otoczenia pani kanclerz" i na dodatek arystokratyczna, bezpłodna żona po menopauzie. To była dla niego zbyt duża "pozycja po stronie kosztów". Ale ona chciała mieć to dziecko. Gdy się uparła, zwolnili ją. Jako numer osiemnasty na liście tych "zredukowanych kryzysem". Jego nie, chociaż to on najbardziej rozdmuchiwał tę bańkę. Po raz kolejny przekonała się, że przywilejem wielkich jest przyglądanie się katastrofom z balkonu. Najpierw żyła z oszczędności.

Wstydziła się zameldować jako bezrobotna. Wierzyła, że znajdzie pracę w ciągu miesiąca. We Frankfurcie jest ponad 250 banków. Prawie zawsze, po każdym wysłanym podaniu, zapraszano ją na rozmowę kwalifikacyjną. Miała imponujące CV, jedyne, co przeszkadzało, to fakt, iż była z "jego banku". Ale to nie było aż tak istotne. Największą przeszkodą był jej brzuch. Ciąża potencjalnej pracowniczki nie jest mile widziana z definicji, a ciąża w czasach kryzysu jest po prostu nie do zniesienia. Przypomina kredyt bez hipoteki. Można w trakcie rozmowy kwalifikacyjnej mieć raka płuc, raka jelit lub raka mózgu. Pod warunkiem że jest to rak dyskretny. Ciąża obiecuje nowe życie i potencjalnie nowego klienta, ale za to od pewnego momentu jest nie do ukrycia. Po ponad dwustu wysłanych podaniach skończyły się jej oszczędności.

Zaraz potem urodziła Martę. Dwa tygodnie później przyszło wezwanie z urzędu pracy. Przeredagowała podanie, zrobiła nowe zdjęcie i poza tym nie miała już brzucha. Schudła tak, że mieściła się w swoje krótkie spódnice. Nie chciała przyjmować pieniędzy od bankowca z najwyższego piętra. Chciała pracować i wracać do Martusi. Przychodziła do urzędu co tydzień. Najpierw wzdychali na jej widok, potem przepędzali jak natrętną muchę. Za każdym razem wracając do Marty, czuła poniżenie. Brakło jej pieniędzy na odżywki, odłączyli jej telefon, grozili odłączeniem prądu.

Nie pamięta, kiedy ten pomysł z pistoletem przyszedł jej do głowy. Pragnęła zemsty. Za samotność, za poniżającą biedę, za ten cały system, za "ich kryzys", za swoją bezsilność. Mieszkała w dzielnicy, gdzie toalety były wprawdzie na korytarzach, ale za to pistolety można było "zorganizować" za cenę butelki marnej whisky. Gdy dwa dni temu kierownik od pancernej szafy nie raczył na nią spojrzeć, dotarła do granicy swojej godności…

Tekst pochodzi z magazynu

Pani

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje