Wesoły rozwodnik
Przeciwników związków partnerskich niniejszym uspokajam. Zwolennicy dziewiętnastowiecznej formuły rodzinnej mogą spać spokojnie.
W Polsce wciąż roi się od kobiet marzących o białej sukni z welonem, weselu w leśniczówce albo w sieciowym hotelisku z kryształowym żyrandolem i przystojnym portierem (zajmie się druhną). Potem na tablecie pokaże się ślubne fotki naszej mamie, cioci i koleżankom z rodzinnego miasteczka. No i na fejsie się zawiesi. To lubię.
Znajomi będą mieli o czym poplotkować. „Ale plastikowy mejkap. Pasuje do panny młodej, bo ona już w szkole miała różowy laptop, pamiętasz?” Kobiety, nawet jeśli ukończyły dwa fakultety, pracują, awansują i mają swoje mieszkanko z garażem, i tak pragną sesji ślubnej z łabędziem w tle, pocałunkiem na mostku.
Wybranek raz jeden włożył dla niej porządny garnitur. Warto to na fotografii utrwalić. Potem przyjdą kolacje w dresach, a garnitury tylko na prezentacje w firmie – dla szefowej. Może jeszcze ujęcie, jak on bierze ją na ręce?
Po pięciu latach, gdy każde z nich będzie mieć dziesięć kilo więcej, takie noszenie na rękach może być trudno uchwycić – nawet profesjonalnemu fotografowi, który na co dzień pracuje dla „National Geographic”. I niejednego grubego zwierza migawką upolował.
Zwolenników małżeństwa wcale nie odstraszają rosnące liczby rozwodów czy nawet rzekoma moda na konkubinaty. Spokojnie, konkubinatów na pewno będzie mniej, gdy tylko związki partnerskie zalegalizujemy. Stanie się podobnie, jak było z jazzem w katakumbach czy wierszami Bronisława Maja i Czesława Miłosza powielanymi na nielegalnych drukarkach w latach 80. Wtedy Polacy czytali poezję namiętnie, tłumnie chadzali na spotkania autorskie, gdyż poezja ta była nielegalna. Teraz, gdy człowiek może sobie codziennie czytać archiwalne „Bruliony” bądź dzieła zebrane Miłosza, powodzeniem cieszy się tylko Stieg Larsson.
Gdy tylko będzie można żyć na kocią łapę w dowolnej konfiguracji, nastąpi moda na to, co offowe – retromałżeństwa. Modnisie małżeńscy dołączą do wielkiej grupy tradycjonalistów. Mężczyzna też wcale dziś nie musi być „zaciągany” do ołtarza. Żona może się przydać. Oczywiście, jeśli jest kobietą zamożną, niezależną, zdrową i piękną – a teraz takich na pęczki. Na dom zarobi, odbierze autem z imprezy, jeśli mąż z kolegami zabaluje, urządzi kuchnię, kupi mężowi dobre okulary, ciuszki, zorganizuje wakacje na wyspie greckiej, zmyje po śniadaniu, wyciągnie z nałogu.
Żona przyda się też do bywania. Lepiej się wygląda w operze z żoną. Bez niej nigdy by się tam nie poszło, a trzeba, bo tam szefa można spotkać. No i bezpieczniej jednak z własną żoną zaciążyć – z singielkami nigdy nie wiadomo, kto jest ojcem. Dziecię zaś należy spłodzić, bo narcyz musi mieć potomka na swe podobieństwo. Poza tym stary kawaler dziś będzie posądzany o gejostwo.
Dlatego raz kozie śmierć. Warto się chajtnąć, przynajmniej na kilka lat. O tak, mężczyzna chętny jest do żeniaczki, pod warunkiem że nie jest rozwodnikiem.
Dziś rozwodnik jest niczym wesoła wdówka. Cieszy się życiem, małżeństwo już odbębnił, gejem nie jest, to już wiadomo (co najwyżej biseksualny, ale to jest modne), dziecię ulokował z byłą żoną, teściami na zmianę z dziadkami, a rok temu poznał nawet i polubił nowego absztyfikanta byłej żony. Pewnie, że życzy jej dobrze. No i dziecku absztyfikant podobno jakieś zagraniczne studia ufunduje.
Rozwodnikowi zostanie więcej kasy na panienki, na wakacje i na nowy zegarek. To jest życie jak w Madrycie. Grunt to się fajnie rozwieść – prócz Gillette to jest najlepsze dla mężczyzny.
Przestrzegam wszystkie panny marzące o Giaurze na czarnym rumaku, aby unikały rozwodników. Otóż taki facet nawet jeśli się zakocha, to ze ślubem będzie zwlekał, aż panie uznacie ten związek za „przechodzony”. Jeśli same mu się oświadczycie, wykręci się, mówiąc, iż on zna te historie. Że małżeństwo to poważna sprawa, że on już jest po przejściach, nie chce zapeszać...
Potrzebuje „przestrzeni” (czytaj – własnego mieszkania). Boi się odpowiedzialności (czytaj – powtórki z dzieci, które są bardzo męczące, oraz alimentów). Ani rutyna małżeńska nie jest dla niego (czytaj – monogamia), ani nadmierna bliskość (czytaj – uzależnienie się od siebie nawzajem). Poza tym rozwodnik stawia się w pozycji niezdecydowanego rozglądającego się myśliwego. Po nieudanym związku teraz on musi mieć stuprocentową pewność, zanim obierze cel. Jeśli ożeni się powtórnie, to musi być Ta Jedyna Królowa.
Nie wiadomo dokładnie, jaki jest ten typ Królowej, gdyż żadna chodząca po naszej planecie kobieta jak na razie nie spełniła jego oczekiwań. Wesoły rozwodnik przestanie być wesoły, gdy dobiegnie pięćdziesiątki. Pierwsze strzykanie w kolanie uniemożliwiające mu sporty wyczynowe oraz pierwsze lata opieki nad schorowanymi starzejącymi się rodzicami spowodują, że wesoły rozwodnik przestanie być wesoły.
Jako rozwodnik, któremu na zmarszczki nie pomagają już zastrzyki z botoksu, zorientuje się, że do pomocy w życiu przydałaby się jakaś żona. Ojej, tylko tamte koleżanki bez zobowiązań już wszystkie wyszły za mąż albo mają młodszych kochanków i dzieci z in vitro. Cóż, może przygarnie go córka? W końcu dziadkowie, była żona i ojczym wychowali ją na cudowną, opiekuńczą kobietę. Marzącą o białym welonie, rzecz jasna.
Agata Passent
Twój STYL 10/2011
Artykuł pochodzi z kategorii: Agata Passent
-
Wasze komentarze
Polecamy
-
Dziś w portalu:
-
Reklama
Wasze komentarze (112)
-
12.12.2011 (13:11)
-
12.11.2011 (13:13)...jeszcze słówko. Kobiety tez tak robią. Seksu bez miłości i ciągłego niezdecydowania zaznałem najpierw od nich.
-
-
12.11.2011 (13:06)Czyli mam jeszcze jakieś 20 lat bycia wesoły przed sobą. Niezły czas, biorąc pod uwagę tych, co z obowiązku i unieszczęśliwiją się na wzajem przez wiele lat.
Nie pasuję do schamatu bo nie dorobiliśmy się dzieci. Z wieloma sprawami się zgadzam. Jednak, jak z każda generalizacją nie jest w 100% trafna.
Równie dobrze, za rok czy dwa mogę zamażyć o rodzinie. Z drugiej strony za te 20 lat "pielęgniarki" będą wciąż młode i chętne do opieki. Może więc nigdy nie "dorosnę"?
Zabrakło w tym wszystkim jednego ważnego elementu. Człowiek się rozwija i uczy. No i jest jeszcze przypadek. Traf. Szczęście?
Dzięki za tę chwile refleksji.
M. -
23.09.2011 (00:14)to jest niestety tak niestety cała prawda....nic dodać nic ująć.....ja wyszłam ponownie za mąż i niestety za rozwodnika po 7 latach bycia razem i faktycznie masakra....związek mocno przechodzony ....trzeba było go raczej zakończyć a nie pakować się w taki kanał....pozdrawiam szczęśliwe żony rozwodników
-
22.09.2011 (20:48)Szczera prawda, tylko nie do końca :))) Otóż nie trzeba przestrzegać przed rozwodnikami. Przeważnie ma taki mieszkanie i nie pcha się do twojego. Układ: spotykamy się kiedy tylko nam się podoba, a potem każde do swojego mieszkanka... lub dowolnie wybranego. Czasami bardzo, bardzo to obu stronom odpowiada :) Inaczej ułożyć można sobie w weekend, inaczej w dzień powszedni, bo jakoś lepiej wychodzi się do pracy z własnego mieszkania. Eeeech!!! :))) Piękne jest życie rozwodnika!












Wasze artykuły
Dziesięć męskich grzechów głównych
Wynotowałam sobie na kartce, to, czego nie lubię oglądać na polskiej ulicy w męskim wydaniu i przypadkiem wyszła mi okrągła liczba. więcej
Piękna i bestia
W pułapce własnych myśli