Szeherezada z mokrą szmatą
Planujemy wyjazdy wakacyjne. Moja przyjaciółka Hania z rozbrajającą złośliwością zauważa, że ludzie wybierają na wakacje miejsca, gdzie jest im gorzej niż w domu.
Nie mówimy tu o grotołazach, którzy pełzają w ciemnościach po jaskiniach. To masochiści lub geniusze na miarę francuskiego speleologa Jeana-Marie Chauveta. W Dolinie Rodanu odkrył jaskinię z zachowanymi rysunkami i odciskami dłoni ludzkich sprzed 32 tysięcy lat!
Hani chodziło o to, że podczas gdy w życiu codziennym ludzie mają miłe mieszkanie z balkonem, to na wakacjach lądują z koleżanką i jej chrapiącym psem w pokoiku nad lodowatym morzem. Morza nie widać, no chyba że stanie się na drabinie w rogu pokoju, ale tuż pod oknem za to jest kemping z ryczącymi młodzieńcami.
Moje plany wakacyjne są mniej ambitne niż plany Jeana-Marie Chauveta. Nie sądzę, że w drodze powrotnej taszczyć będę kły mamuta. Postąpię zgodnie ze stereotypem Hani. Wybiorę się do domku kempingowego na Pojezierze Kaszubskie z najbliższą przyjaciółką. Ma trójkę dzieci, każde w podstawówce muzycznej, więc już sobie wyobrażam, jak wypocznę w ciszy. Najważniejsze jest jednak, że nie jadę do Istambułu z niedawno wydanym przewodnikiem "In Stambuł" z serii biblioteki "Gazety Wyborczej".
Ten wakacyjny niewypał mam już za sobą. Zwiedzanie z tym że przewodnikiem sprawi, że nie dowiedzą się Państwo prawie nic o tureckiej sztuce, muzyce i architekturze, za to umęczycie się, trafiając do polecanych przez niego świątyń konsumeryzmu. Współczesny podróżnik wg "Gazety Wyborczej" na wakacjach tylko wcina, drinkuje, jara trawę na tarasie i kupuje dizajnerskie cacka, a na porządne zwiedzanie zabytków nie ma czasu.
Najważniejsze jest jednak to, że polecane przez "In Stambuł" miejsca niekoniecznie są "in", a wręcz nie istnieją w ogóle. Planując wakacje, najpierw w sieci serfujemy wśród hałd śmieci - wiszą w niej miliony stron o knajpach, które już dawno splajtowały, wywiady z ludźmi, którzy już nie żyją, czy nieświeże blogi o jedzeniu. To, że sieć jest źródłem niewiarygodnym, wiemy wszyscy - prace magisterskie pisane metodą "copy and paste" nadają się tylko na śmietnik ery cyfryzacji.
Tym większa odpowiedzialność spoczywa na przewodnikach wydanych na papierze. Przewodnik drukowany ma być tak pewny jak nowoczesna prezerwatywa - dajemy mu góra 1 proc. marginesu na wpadkę. W Istambule postanowiłam wybrać się do polecanego w przewodniku "In Stambuł" hammamu (łaźni, prototypu zachodnich spa) zaintrygowana tekstem: "Hammam to nie tylko miejsce, w którym oczyścić możemy ciało i duszę, to również centrum życia towarzyskiego i rozrywkowego".
Z listy adresów polecanych hammamów wybrałyśmy z koleżanką ten opisywany jako wielkiej klasy zabytek z XVII wieku, czyli Üsküdar Hamami. Jestem pewna, że autorzy nigdy tu nie byli! Real bowiem wygląda tak: dziś budynek ten jest obdrapanym, pomalowanym wewnątrz na seledynowo lokalem położonym w okrutnie biednej dzielnicy. Przed wejściem wita nas śmietnik z górą śmieci, które są rozszarpywane przez koty. W środku, zamiast luksusowej mozaiki w przebieralni, wita nas pracująca tu salowa, wręczając nam szare mydło w kostce, plastikową miskę - taką, jakiej w domu używamy do sprzątania podłogi - i sfatygowane męskie klapki.
Zachwalane "centrum życia towarzyskiego" ograniczyło się do jednej Turczynki, która na migi pokierowała nas do zwykłej, ponurej sauny. Następnie każdą z nas zajęły się obsługujące panie. Usadziły na rozgrzanym kamieniu i oblały wodą kranówką. Panie były w bawełnianych majtasach, ale bez stanika, spocone jak Lance Armstrong jadący pod górę. Za pomocą szorstkich jak skrobaczka do tłustych garów myjek zrobiły nam piling, potem namydliły pianą z szarego mydła, po czym pomyje z miski wylały nam na głowy.
Ten hammam nie jest orientalną wersją luksusowego spa, tylko służy ubogim Turkom i Turczynkom jako łazienka. Nie ma w tym nic złego, tylko lepiej polskie turystki o tym w przewodniku uczulić, pisząc: "Jeśli trafił wam się hotel bez łazienki albo chcecie zobaczyć, jak myją się zwykli mieszkańcy Turcji, proponujemy wycieczkę do łaźni dzielnicowej". Do tego fotografia obsługujących tu pań i detal z męskim klapkiem. To jest rzetelny przewodnik.
Szkoda, że autorzy "In Stambułu" nie wytłumaczyli turystom że po arabsku "hammam" znaczy "łazienka". Gdy wdychałam woń stęchlizny z mokrych ręczników, przypomniały mi się cytaty z in Stambuł: "Nie będzie chyba przesady w twierdzeniu, że hammamy są bardzo ważnym elementem spuścizny imperium osmańskiego, w którym obowiązywała bliska nam filozofia streszczająca się w haśle: »Wszystko dla ciebie, ponieważ jesteś tego warta«".
Drodzy autorzy, może filozofia taka obowiązywała, ale nie w tej dzielnicy i nie w tej łaźni. W tym hammamie nie było żadnego życia rozrywkowego prócz salowej oglądającej kanał sprzedający odkurzacze, więc aby poprawić sobie nastrój, poszłyśmy do polecanej przez "In Stambuł" restauracji Abracadabra. Enigmatyczny narrator przewodnika zachwala: "Z baru wchodzimy na pierwsze piętro, gdzie kilka stolików otacza otwartą kuchnię, królestwo szefa kuchni nieustannie zaskakującego potrawami będącymi fuzją kuchni tureckiej z tajlandzką".
Otóż otwarte w Abracadabrze nie jest nic. Restauracji nie ma, jest zlikwidowana, wnętrze pokrywa kurz. Cieszę się, że Jean Marie-Chauvet nie podróżował po Dolinie Rodanu z przewodnikiem z serii biblioteki "Gazety", gdyż na pewno nie trafiłby do skarbu, który odkrył...
Agata Passent
Twój STYL 7/2011
Artykuł pochodzi z kategorii: Agata Passent
-
Wasze komentarze
Polecamy
-
Dziś w portalu:
-
Reklama
Wasze komentarze (1)
-
20.09.2011 (18:21)
-













Wasze artykuły
Dziesięć męskich grzechów głównych
Wynotowałam sobie na kartce, to, czego nie lubię oglądać na polskiej ulicy w męskim wydaniu i przypadkiem wyszła mi okrągła liczba. więcej
Piękna i bestia
W pułapce własnych myśli