Stara panna na prezydenta
Thomas Zehetmair podczas koncertu przypomina obraz ekspresjonistyczny. Kolebie się energicznie na wszystkie strony, wygina śmiało ciało, tworząc skośne perspektywy, i cały ubrany jest na czarno w luźne porcięta i koszulę bawełnianą.
Na koncercie bawiłam się rewelacyjnie. Grał dynamiczne kawałki znane z wielu jego krążków, czujnie trzymał rękę na bicie, a gdy skończył, ludzie nie chcieli go wypuścić. Odbywało się to wszystko na trzeźwo, nie prano nam mózgów darmowym piwem, za nocleg nie przepłacaliśmy trzykrotnie, gdyż nie działo się to w ramach Festiwalu Wolnego Powietrza w krainie polarnego Bałtyku, tylko w ramach koncertów Filharmonii Narodowej na płaskim jak mój biust Mazowszu.
Wokół wszyscy byli trzeźwi. Z kapelą, zwaną Orkiestrą Symfoniczną Filharmonii Narodowej, włącznie. Połowa radochy w filharmonii to fakt, że w rzędzie przede mną nie stoi jakiś kafar z dziewczyną na barana, a w rzędzie za mną nie chucha mi monopolowym oddechem podtatusiały fan.
Od dziecka nie cierpię wielkich zlotów. Raz pojechałam na festiwal do Sopotu. Były tam takie tłumy, że zapomniałam, gdzie zaparkowałam skuter, i po dwóch dniach musiałam skorzystać z pomocy policji. Odnaleziony skuter miał zdeflorowane doszczętnie siedzenie przez tłumy zmęczonych festiwalowców, którzy na nim przysiadali i gasili pety.
Cztery lata temu pewien absztyfikant zaprosił mnie na noc. Noc Muzeów znaczy się. Nie za bardzo wiedziałam, po co mamy iść do Zachęty wieczorem, jeśli za dnia galeria jest cudownie dosłoneczniona, ale nie chciałam podcinać panu skrzydeł. Jednak gdy ujrzałam kolejkę dłuższą, niż pokazywali w kronikach filmowych pod Składnicą Harcerską, uciekłam do domu.
Ani zloty młodzieży katolickiej, ani zloty w stylu "próbujemy wskrzesić ducha Woodstock" i zakładamy ciuchy podpatrzone w wintydżowych wydaniach magazynu "Rolling Stones", ani zloty właścicieli garbusów mnie nie przyciągały. Perspektywa przeżywania czegokolwiek w tłumie odstrasza i wolę schować się w jaskini.
Z imprez masowych lubię turnieje tenisowe, ale też tylko ich pierwsze rundy, gdy trybuny straszą pustkami, ale za to równocześnie rozgrywanych jest po kilkanaście meczów i można obejrzeć dużo świetnego tenisa, podchodząc do zawodników bardzo blisko, tak że widać krople na twarzy, uchwyt rakiety, walkę o oddech po morderczej wymianie.
Być może jestem snobką, a być może po prostu przeraża mnie fakt, że oczekuje się ode mnie, iż zjednoczę się lub nawiążę kontakt z grupą liczącą dwa tysiące albo jedyne siedemdziesiąt osób. Wiem, że wspaniałe efekty przynosi terapia grupowa DDA - dorosłe dzieci alkoholików spotykają się wspólnie z ekspertami, zaleczonymi i chorymi. Przyznam, że na mnie terapia tego typu nie działała. Nie odczuwałam komfortu w tym, że setki tysięcy ludzi cierpią podobnie jak ja. Wprost odwrotnie. Ich historie, a szczególnie ilość cierpienia tym bardziej mnie przytłaczają. Działa na mnie wyłącznie terapia indywidualna i lektury.
Kiedyś poszłam jako dama do towarzystwa z koleżanką, która próbowała się odchudzać metodą diety grupowej. Dwadzieścia pań i panów stosowało pewną dietę i zwierzali się sobie z tego, ile w tym tygodniu zjedli marchwi. Podobno efekty tej diety grupowej są dobre, ale ja cały czas myślałam, że zamiast godzinę siedzieć, mogliby w tym czasie wchodzić (z ciężkimi siatkami pełnymi marchwi, jabłek i wody) po schodach na ósme piętro. Tanio i skutecznie, bez umawiania się z grupą. Nie wiem, jak po latach wygląda ta koleżanka, bo mieszka w Palestynie, ale wiem, że terapia sprawiła, że głównym tematem naszych rozmów stała się marchew i węglowodany.
Czasami odnoszę wrażenie, że tłumem może być nawet najbliższa rodzina. Będąc singlem, mamy więcej czasu na czytanie, doskonalenie hobby, kształtowanie postawy obywatelskiej. Zamiast gotować żonie kolacje, uczyć córkę jazdy na desce czy wozić męża na lekcje hiszpańskiego, można np. medytować o rzeczach fundamentalnych dla Polski, świata, galaktyki.
Zamiast pospiesznie wybiegać z biura, można dokładnie wypełniać procedury, usprawniać działanie korporacji, wojska, służby zdrowia. Tłumy wyzwalają niskie instynkty, grupa rozprasza. Dlatego zastanawiam się, czy tak jak kiedyś od ambasadorów wymagano, by byli żonaci, tak czy dziś kandydaci na prezydenta nie powinni być obowiązkowo starymi kawalerami lub starymi pannami.
Największe zaufanie miałabym do rządzących bezdzietnych rozwódek i rozwodników. Mężczyzna z przeszłością już zna te historie, przeżył ból rozstania, zna problemy kobiet, radość z niedofinansowania antykoncepcji, ewentualnie rozterki bezpłodności bądź impotencji, w małżeństwie nauczył się kompromisu, negocjacji finansowych w sądzie.
Prezydent zwalniający się z kancelarii przy byle katarze czy wysypce dzieciaka to niepoważny prezydent. Prezydentka, która wspólnie z córką, w namiocie gdzieś w chaszczach, kolebie się w rytm szlagierów Maryli Rodowicz - to nie jest prezydentka pracowita i skupiona na procedurach.
Znów prezydenci dzieciaci, ale niespędzający czasu z potomstwem to prezydenci bez serca. Więc my, rozwodnicy i stare panny, powinniśmy wziąć ojczyznę w swoje ręce, bo nastaje nasza era.
Twój STYL 7/2010
Artykuł pochodzi z kategorii: Agata Passent
-
Wasze komentarze
Polecamy
-
Dziś w portalu:
-
-
Dowiedz się, co los przygotował dla osób spod Twego... więcej












Wasze artykuły
Dziesięć męskich grzechów głównych
Wynotowałam sobie na kartce, to, czego nie lubię oglądać na polskiej ulicy w męskim wydaniu i przypadkiem wyszła mi okrągła liczba. więcej
Piękna i bestia
W pułapce własnych myśli