Przejdź na stronę główną Interia.pl

Rączki na biureczku

​Mobbing znam tylko ze słyszenia. Wiem, że nie wolno się z niego śmiać. Policjanci i policjantki ze szwadronów walczących o polityczną poprawność nasłuchują w sowach, królikach i osiedlach zamkniętych.

Ofiary mobbingu wciąż budzą się w nocy zlane potem, przewracają się w pościeli na wspomnienie brutalnych i niemoralnych propozycji dyrektora. Na szczęście ja nie dość podobałam się szefom i szefowym, by mnie zręcznie dręczyli. A sama się napraszałam. Zdarzało mi się nosić do pracy sukienki krótsze niż habity karmelitek bosych, bez stanika pochylać nad drukarką podczas wymieniania kartridżu. I nic. Kompletny brak reakcji. Żadnego poruszenia. Senne obojętne muchy przylepione do szyby.

Reklama

Jeśli warczenie, to tylko lodówka w kąciku gastronomicznym. Jeśli klapsy, to tylko gruszki, które szefostwo stawiało w wielkich michach w ramach promowania zdrowej żywności.

Bez stanika nie działało. To może stanik puszap ruszyłby bryły z posad. Reakcja, owszem, była. Koleżanka właśnie inwestowała, chciała założyć pierwszą w Polsce klinikę pompującą silikonowe cycki i zaproponowała mi rabat. Nie zdecydowałam się, bo kilka miesięcy później jakaś Szwedka umarła, powiększając sobie biust, więc stwierdziłam, że zamieniał stryjek siekierkę na kijek. Język polski się odmienia, tak, tak, znam to hasło z niejednej manify, zatem zamieniała stryjenka stajenkę na wojenkę.

Dlaczego mój szef mnie nie mobbuje? Pytanie to nurtowało mnie, nie dawało spać. Taka Monika Lewinski wcale nie była dużo ładniejsza ode mnie. Rodzina i bliscy pocieszali mnie. Przecież jest żonaty. No właśnie jeżeli jest żonaty, to tym bardziej powinien szukać ofiary w pracy. Są lanczbrejki, konferencje, windy, parking podziemny - człowiek jest samotny, chce się odstresować. Winda jest sama w sobie taka erotyczna. Tak się unosi, opada. Jeździłam windą, szukałam spraw do załatwienia na ósmym piętrze, zaczęłam palić po to tylko, żeby wjeżdżać cztery razy dziennie na taras. Może twój szef jest gejem, pocieszał ojciec. A może byłam za mało ambitna. Pasywnie oczekiwałam, że awans ze stażystki na redaktorkę szef mi da tak po prostu, bez zadań specjalnych, bo koperty liżę sprawnie i telefon już potrafię odbierać.

Nie dałam nikomu okazji do szantażu psychicznego. Szefie, chciałabym pisać felietony. To musisz najpierw zjeść ze mną sześć kolacji na mieście i odkurzyć moje porsche, bo kruszę fistaszkami. Marzłam na przystanku, a porsche tylko bryzgało na mnie breją z kałuży, mijając obojętnie.

W sprawie mobbingu mam inne doświadczenia. Biurowych prawiczków nie napastowałam ani doświadczonym prezesom nie kładłam się na biurku w roli przyciskarki do papieru. Na mobbing uczulono mnie na studiach w USA w latach 90. Podczas inauguracji roku otrzymaliśmy do przeczytania kodeks etyczny. A tam jak wół stało: nie ma migdalenia się ze studentkami. Jakikolwiek fizyczny kontakt zabroniony. Głaskanie po główce, poklepywanie po plecach - zabronione. Zdarzyło mi się na drugim roku, że pewien doktorant - filozof, który prowadził z nami zajęcia w podgrupach, żeby było śmiesznie, z etyki (!) - zaprosił mnie na kawę. Przecież darmowa kawa jest w stołówce. A ja jestem po śniadaniu, odpowiedziałam, udając debilkę. Doktor jeszcze trzykrotnie w ciągu miesiąca napierał z kawą. Bardzo nie miałam ochoty na randki z etykiem. Cóż może być nudniejszego na erotycznej pustyni kampusowej?

Zdecydowałam się zwierzyć profesorowi filozofii, który to był szefem tegoż doktoranta. Nie podałam nazwiska, wystarczyło, że powiedziałam mu, że to jeden z jego pracowników naukowych i że nie mam zamiaru się mścić. Uniwersytet załatwił to ładnie. Następnego dnia zwołano wszystkich wykładowców drugiego roku oraz studentów. Ponownie wszystkim rozdano kodeks z podkreślonym odpowiednim akapitem. Prezydent koledżu dwukrotnie przypomniał, że życie prywatne należy oddzielać od pracy, a osoby, które mają problem z panowaniem nad swoimi emocjami, zaprasza na darmowe porady psychologiczne oferowane na uczelni. Do końca studiów pies z kulawą nogą kawy mi nie postawił, z etyki zaliczyłam na czwórkę, a asystent szarmancko mi się kłaniał.

Jesteśmy dwie dekady za USA. Nasze firmy nie potrafią nas wspierać, gdy mamy problemy. Alkoholików tolerują, a gdy już jest za późno, to zwalniają. Osoby, które nie panują nad atakami gniewu czy nad popędami, są albo ostracyzowane, albo zwalniane. Ich ofiary traktowane jako wazeliniary albo mięczaki. Tzw. kadry to nie tylko zwalnianie, szkolenia, ewaluacja. Pracownikami targają namiętności. Szczególnie w budynkach, gdzie są windy, gdzie się pracuje 24 godziny na dobę i gdzie się sobie ciągle mierzy. Wysokość słupków.

Agata Passent

Twój STYL 5/2015

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje