Mam nadzieję, że egzamin ze statystyki zdali Państwo na ocenę celującą. Ja, niestety, na dostateczny.
A szkoda, bo kto potrafi czytać statystyki, nie da się zmanipulować liczbami bezmyślnie przytaczanymi w mediach, książkach, rozmowach przy wódce.
Nawet poważni eksperci zasypują nas statystykami, które rzucone bez odpowiedniego komentarza pokierować nas mogą na manowce. Oto na urodziny dostałam od przyjaciółki "Psychologię miłości" pióra profesora Bogdana Wojciszke. Rzuciłam się z nią na łóżko, tonąc w odmęcie lektury.
W książce tej pan profesor odsłania mechanizmy rządzące miłością, omawia kolejne etapy w związkach i ukazuje różnice psychiczne między panami a paniami. Prawie każde stwierdzenie popiera wynikami badań.
Oto fragment dotyczący konsekwencji przyjmowania punktu widzenia partnera w związkach: „Efektem dużej skłonności partnerów do przyjmowania cudzego punktu widzenia jest wzrost satysfakcji ze wzajemnych kontaktów i z całego związku, co wykazały badania obejmujące pary zarówno małżeńskie, jak i przedmałżeńskie (Davis, 1999). Jednakże w innych badaniach, z udziałem par małżeńskich dyskutujących jakiś problem, szczęśliwsze pary okazały się cechować mniejszą trafnością we wzajemnym odczytywaniu swoich myśli i odczuć (Sillars i Scott, 1983)”.
Pomysł na tę książkę wydaje się przejrzysty: o uczuciu tak poetyckim jak miłość rozprawmy się w sposób naukowy, brutalny, ewolucjonistyczny. Demistyfikowanie miłości, pisanie o namiętności jako o wymianie dóbr, marketingowe podejście do oceny piękna twarzy partnerów trąci myszką i niestety już nas nie zaskakuje. Zastanawia co innego.
Czy czytelnicy dadzą się zmanipulować statystykami. Co z tego, że badania przeprowadził pewien Scott czy Batson. Co z tego, że cytuje je miły profesor z wąsami. W połowę tych badań po lekturze książki nadal nie wierzę. I tu jest pies pogrzebany. To ma być nauka, fakty, tymczasem odbieram tę książkę w kategoriach wiary.
Badania dotyczące spraw tak intymnych jak namiętność, miłość, wierność, zdrada nie przekonują mnie, bo wiem, że nie da się z ludzi wyciągnąć prawdy w odpowiedziach. Dane cytowane przez Wojciszke pokazują jedną prawdę, a wystarczy rozejrzeć się wokół nas i widzimy inną.
Oto przykład: „Aż 86 proc. społeczeństw dopuszcza wielożeństwo, czyli poliginię (a tylko mniej niż 1 proc. dopuszcza wielomęstwo, czyli poliandrię), ale najwyżej co dziesiąty mężczyzna w tych kulturach miewa faktycznie więcej niż jedną żonę. Wielożeństwo jest tak kosztowne, że tylko nieliczni mężczyźni o największych zasobach i najwyższej pozycji społecznej mogą sobie na nie pozwolić”.
Nie ma metody statystycznej, która wymusi z nas prawdę. Na pewno więcej niż jeden procent Polek dopuszcza poliandrię. Lecz po cichutku. Miliony Polaków już po czwartym roku stałego związku mają legalne kochanki, na które żony przymykają oko. A na odwrót to nie? Wyjazdy szkoleniowe, damska turystyka do Lizbony, Egiptu, Maroka? Na pewno więcej niż 1 proc. kobiet tak bardzo pragnie mieć dzieci i mieć dla nich zapewnione dobre warunki, że najpierw robi sobie je z zamożnym, zdrowym facetem, z którym rozstaje się w ugodzie, bo na monogamicznego męża koleżka nie rokuje. Ona zresztą też nie zamierza sypiać tylko z nim przez następne czterdzieści lat!
Zatem on resztę życia szaleje z panienkami, lecz sowicie wspiera swą jedyną przyjaciółkę – mamusię dziatwy. Ona dała mu to co najwspanialsze – poczucie ojcostwa bez żmudnego przewijania, gotowania, chadzania na wywiadówki. On zaś dał jej pieniądze i wolność spotykania się z facetami, których namiętnie kocha.
Według profesora Wojciszke „wielożeństwo jest przedsięwzięciem drogim”. Ależ chyba nie w Polsce. Przecież polskie kobiety same chętnie sponsorują wielożeństwo – czy to z braku atrakcyjnych panów, czy po prostu z własnej wygody. Znam wielu ofermowatych facetów, z których każdy jest utrzymankiem co najmniej dwóch, a nawet trzech pań. Jedna jest jego byłą żoną z dwójką bachorów, która pomaga tatusiowi, bo nie chce, żeby dzieci traciły z nim kontakt, druga – obecną konkubiną, starszą od niego, która pomaga spłacać alimenty, trzecia dwudziestoletnią kochanką, której imponuje czterdziestolatek po przejściach.
One mogą głośno o tym nie mówić, nie przyznawać się nawet rodzinie, ale świadomie godzą się na wielożeństwo. Bo jest po prostu więcej kobiet niż mężczyzn, bo tych zadbanych i uroczych facetów na rynku brakuje. Ale przede wszystkim z wygody. Polki są pragmatyczne. Wygodniej jest mieć tylko jedną trzecią faceta na głowie niż cały worek nieść na kobiecych barkach. Nie każda lubi mieć mężczyznę bez przerwy w domu – zajmuje dużo miejsca, a mieszkania bywają ciasne. Oczekuje posiłków, oprania, sprzątania.
Gdy facet tylko wpada do domu co jakiś czas, to nie zwraca uwagi na tego typu sprawy. W dodatku branie sobie tylko jednej trzeciej męża na głowę otwiera szansę na płodozmian. Kto powiedział, że godząc się na wielożeństwo, Polki nie uprawiają poliandrii? Nikt nie powiedział tego panu profesorowi Davisowi wprost podczas badań? Takiej testowej odpowiedzi nie podali do wyboru? Z iloma naraz dzielisz partnera? Nie tylko rodziny są patchworkowe, ale związki również, tylko tych patchworków pod kołdrą ani profesor Wojciszke, ani Scott, ani Davis w żadnym badaniu nie dojrzą.
Takie badania przeprowadzał Balzac, z tym że jego prawda nie jest poparta liczbami. Przestrzegam przed ślepą wiarą w statystyki i procenty, drogie Czytelniczki i Czytelnicy. Jest ona równie niebezpieczna jak miłość bez zabezpieczeń.
Agata Passent
Twój STYL 5/2011
Wasze artykuły
Dziesięć męskich grzechów głównych
Wynotowałam sobie na kartce, to, czego nie lubię oglądać na polskiej ulicy w męskim wydaniu i przypadkiem wyszła mi okrągła liczba. więcej
Piękna i bestia
W pułapce własnych myśli