Mężczyźni są jacyś romantyczni
W tytule, rzecz jasna, piję do ostatniego filmu Marka Koterskiego "Baby są jakieś inne". Jestem nim zachwycona i jak tylko będę miała wolny wieczór, to obejrzę go na pewno po raz drugi.
Podobało mi się w nim prawie wszystko. Zdjęcia, muzyka, wokalistki, aranże, historia, a raczej jej brak, żółwie tempo, aktorzy, kostiumy. "Baby są jakieś inne" to film drogi, który na przekór gatunkowi unika spektakularnych plenerów. Co za pięknie zrealizowany przewrotny pomysł!
U Koterskiego nie ma mgieł bieszczadzkich, sarenek mazurskich czy wydm kaszubskich. Jedynymi "plenerami" są wnętrza byle jakiego samochodu, pobocze gminnej asfaltówki, oświetlone mlecznymi latarniami dającymi lekko oniryczny efekt. Dwóch kolegów jedzie nie wiadomo skąd, nie wiadomo dokąd i w niewiadomym celu. Ci panowie, nie licząc ich oryginalnej polszczyzny, są przeciętnymi czterdziestolatkami, najprawdopodobniej mężami i tatusiami.
Ich kostiumy pozbawione są atrybutów - nie są w oficerkach, fularach czy ciuszkach od Jil Sander, tylko w bluzach z sieciówek. Nie wiadomo też, co ich łączy. Czy chodzili razem na studia? Poznali się w firmie? Bohaterowie są co prawda przez cały film nierozłączni, lecz siedzą równolegle, nie zaś wspólnie, praktycznie nie wymieniają spojrzeń.
Nie da się ich zaszufladkować - i to natychmiast budzi empatię i niezaspokojoną do końca ciekawość. Pomimo że film ten jest intencjonalnie przegadany, to jego siła leży w tym, że ani bohater, ani widz niczego nie jest pewien. Czy oni się w życiu wykoleją, czy wrócą do pionu? Czy jadą ku niechybnej katastrofie? Czy może jadą, aby określić na nowo, kim jest współczesny polski facet? Zagubionym maminsynkiem, ojcem rodziny, niepoprawnym romantykiem, łysiejącym playboyem, sfrustrowanym impotentem, a może ofiarą przebojowych, wręcz wulgarnych, egoistycznych i dominujących kobiet?
Cudowne jest to, że Koterski sportretował mężczyznę gadułę. W kulturowym stereotypie od lat spotykamy mężczyznę w typie milczącego człowieka czynu. U Koterskiego panowie nawet nie włączają radia, gdyż sami gadają bez przerwy, a z tego gadania nic nie wynika. Przydrożny pejzaż w Babach zdobią wyłącznie gigantyczne bilbordy. Na co dzień straszą nas gigantycznymi fotografiami wyprzedawanej wieprzowiny w markecie albo fotami czerwonych gigastaników kryjących gigabiusty. U Koterskiego przydrożny bilbord widziany nocą staje się drugim ekranem, na którym nasi nocni jeźdźcy widzą projekcje własnych marzeń o pięknej, życzliwej im, rzecz jasna, kobiecie...
Wzruszyło mnie to, że płynąca z ust panów krytyka skierowana przeciwko różnym typom kobiet odkrywa bezkresną samotność obu mężczyzn. I jakże zrozumiałą tęsknotę za ideałem kobiety promowanym w kulturze lat 60. Film przeszywa "komediowo-szopenowa" romantyczna muzyka. Melodyjne tematy śpiewane słodkimi kobiecymi głosami podkreślają tę tęsknotę za wczesną Barbarą Kwiatkowską, za kloszowatą spódnicą, nóżką w czółenku, za kobietą gotową spędzić noc z niewinnym czarodziejem, który imponował jej ciasnym poddaszem i znajomością jazzu, a nie kasą, furą i komórą.
Mężczyźni Koterskiego nie godzą się na świat pełen kobiet w typie Angeli Merkel i Lary Croft. Nie godzą się na świat, w którym oni muszą być zielonymi szerszeniami w typie Bruce’a Lee. Tęskno im za kobietą, która czeka na nich "z pieczenią mazurską jesienią". Te sceny z bilbordami zdają się mówić - kobieta na bilbordzie nie musi być traktowana w kategoriach feministycznego dyskursu. Może być ekspresją męskich tęsknot, pragnień za dawno obśmianym, zabronionym przez feminizm archetypem kobiecości. Fakt, że cały film rozgrywa się nocą, sprzyja wsłuchaniu się w rozmowę między panami, która bardziej przypomina równoległe monologi dwóch sfrustrowanych polskich mężczyzn.
Monologizujący Konrad u Mickiewicza pytał: Gdzie człowiek, co z mej pieśni całą myśl wysłucha/ obejmie okiem wszystkie promienie jej ducha. Bohater Koterskiego nawet nie liczy na to, że jego samotnej pieśni wysłucha ukochana kobieta czy terapeuta. O Polskę walczyć przestał, teraz walczy tylko o to, by nie spaść z drabiny społecznej i rodzinnej. Drugi pasażer, antykordian, na szczycie Mont Blanc nigdy nie był. Szczyt jego możliwości to zapewne trzecie piętro bez windy z siatkami pełnymi zakupów dla wiecznie niezadowolonej żony, która nie jest puchem marnym, ale wręcz przeciwnie - bije go. Lecz z jego wizji romantycznych i z jego oczu cocker spaniela wnioskujemy, że trzeba mu "nowych skrzydeł, nowych dróg" i że choć telepie się po drogach fordem focusem, to drzemie w nim Kolumb, który chciałby na "nieznane wpłynąć oceany z myślą smutną i z sercem rozbitym".
"Baby są jakieś inne" to film o sercowych rozbitkach. Choć w pierwszej chwili może doprowadzić nas do nerwowego rechotu albo znużenia, to jeden z najpiękniejszych romantycznych filmów, jakie ostatnio widziałam. Zakochałam się, rzecz jasna, w aktorach grających główne role, reżyserze, operatorze i smakowitej nieletniej z bilbordu. Dziewczyny, bądźcie dobre dla mężczyzn na zimę, nie tresujcie ich jak psów i nie ziewajcie na ich widok.
Agata Passent
Twój STYL 1/2012
Artykuł pochodzi z kategorii: Agata Passent
-
Wasze komentarze
Polecamy
-
Dziś w portalu:
-













Wasze artykuły
Dziesięć męskich grzechów głównych
Wynotowałam sobie na kartce, to, czego nie lubię oglądać na polskiej ulicy w męskim wydaniu i przypadkiem wyszła mi okrągła liczba. więcej
Piękna i bestia
W pułapce własnych myśli