Przejdź na stronę główną Interia.pl

Komu bo idę do domu

Przeleciałam się niedawno z panem Radosławem Sikorskim do Afryki. Między nami nic nie było prócz służbowych obowiązków – nasz minister spraw zagranicznych zabrał ze sobą do Rwandy grupkę dziennikarzy – Polska wydała trzy miliony euro na budowę szkoły we wsi Kibeho. Minister miał w imieniu naszej ojczyzny pomagać dzieciom, a ja miałam podziwiać tę pomoc i informować Państwa o niej, co niniejszym czynię.

Rwanda to ten kraj, w którym w połowie lat 90. podczas wojny domowej zamordowano, między innymi maczetami, prawie milion osób. Dla piszącej te słowa białej Europejki o aszkenazyjskich rysach kobieta Hutu jest nie do odróżnienia od kobiety Tutsi. Rwanda to jakiś mały kraj, chyba tak pośrodku kontynentu, kombinuję. Spójrzmy prawdzie w oczy. Nic prawie nie wiem o Rwandzie. Wyciągam więc z szafy ukochany atlas świata i sprawdzam. Gdy byłam nastolatką i interesowałam się głównie specyfikami na pryszcze i tanimi wejściówkami do teatru, ojciec próbował wymusić na mnie, żebym nauczyła się na pamięć wszystkich stolic świata. Co za nonsens, buntowałam się. Nie wymógł na mnie nawet połowy materiału i masz babo placek, nie wiedziałam, że stolicą Rwandy jest Kigali. Przy pakowaniu zastanawiam się, jak w podróży do Afryki odnaleźć odpowiedni ton. Jak nie być protekcjonalną ani nie zrazić gospodarzy ignorancją białaski.

Reklama

Przypominam sobie moje pierwsze dni w amerykańskiej szkole.

W robionym na drutach góralskim swetrze stoję w kolejce w stołówce. Matka kupiła mi go kiedyś na Krupówkach, zanim górale zaczęli sprzedawać chińszczyznę. W stołówce mleko w kartoniku, przy każdym daniu podany skład i liczba kalorii. Limonki mniej kaloryczne od cytryn. Przede mną dwóch Murzynów, których do tej elitarnej szkoły dowożono z gorszej dzielnicy Bostonu. Żeby nie było, że szkoła nie toleruje mniejszości. Jeden z czarnych kolegów, chcąc być miły dla "nowej", pyta: "Agatha, czy wy w tej Polsce jecie nożem i widelcem?". Czy ja palnę coś równie przykrego w Rwandzie? Rządowy radziecki samolot, pomimo sędziwego wieku, wzbudza zaufanie. Spoglądam na ministra Sikorskiego wsiadającego do samolotu. Jaki ma prężny krok, ale oczy podkrążone, widać zmęczenie. Służba nie drużba. Ile takich podróży w roku wykonuje? Czy taka podróż do Rwandy coś zmieni? Czy minister ją zapamięta? Ja na pewno. Rwanda, w odróżnieniu od Egiptu, to nie sucha piaskownica. To lekko górzysty, zielony kraj. Przez okno naszego jeepa widzę dzieci bez butów i kobiety niosące na głowach straszne ciężary. Często taskają wielkie drewniane bale.

W aucie doskwiera mi poczucie winy.

Mam wodę, wiezie mnie kierowca, na głowie, prócz steku problemów, nie niosę jednak drewnianych bali, a mój syn w przedszkolu dostaje aż trzy posiłki dziennie. Jak to możliwe, że są ludzie, którzy w ramach wakacji podróżują sobie autobusami i samolotami po Afryce z plecakiem? Jak można patrzeć na taką biedę i nie popełnić samobójstwa? Jak to dobrze, że sytuacja "co z oczu to z serca" na co dzień pomaga mi żyć. Mechanizm hipokryzji jest pysznie wymyślony. Dojeżdżamy do Kibeho. Na ministra czekają już siostry, wysocy rangą duchowni i ustawione w szpaler niewidome dzieciaczki ubrane w mundurki w kratkę. Dzieci opierają się o siostry w sensie fizycznym i psychicznym. Bez sióstr one tu zginą, pojmuję natychmiast. W Rwandzie być niewidomym, to być skazanym przez los na zagładę, tu nikt nie ma narzędzi ani chęci do opieki nad ludźmi niepełnosprawnymi. Podczas oficjalnego otwarcia minister Sikorski wręcza szkole prezent od Polaków – drukarkę brajlowską. Genialnie, myślę, choć czuję, że podstawową zasługą szkoły jest to, że dzieci mają w niej schronienie i posiłki. Przynajmniej w Rwandzie nasze podatki poszły na dobry cel. Co stanie się z dziećmi, które tę szkołę skończą? Oby nigdy nie zdały matury, bo dokąd stąd pójdą? Te siostry z Lasek to są święte kobiety. Z czego trzeba być ulepioną, by żyć w środku Afryki, kochać obce dzieci, a jednocześnie nie przywiązać się do nich zbytnio, dać im odejść? Pytam siostry, czy sprawdza się program adopcji na odległość. O tak, jak najbardziej, czytamy sobie listy od rodzin z Polski.

Wracam do Warszawy, a w skrzynce informacja o akcji różowej wstążki oraz akcji ratowania koni.

Dziesiątki fundacji zasypuje nas prośbami o wsparcie. Czytam w raporcie MSZ, że ponad 80 procent Polaków deklaruje, że Polska powinna pomagać biednym krajom. Tylko komu, bo idę do domu. Algebra cierpienia, kto zasłużył bardziej? A może te deklaracje są nieprawdziwe, może większość ludzi myśli jak pewien mój rozmówca, który opowieść o polskiej pomocy dla niewidomych dzieci z Rwandy skwitował pytaniem: "Ciekawe, ile nas kosztowała ta wycieczka ministra do Afryki?". Przypomina mi się fragment książki Tiziano Terzaniego: "Patrzyłem na siedzibę Narodów Zjednoczonych i myślałem o tych wszystkich słowach i kłamstwach, o tym, ile spermy i łez wylewano w daremnych próbach zapanowania nad ludzkością, czego nie da się zrobić, ponieważ jedyną rządzącą nią zasadą jest chciwość. I każda jednostka, rodzina, miasteczko czy naród myśli tylko o swoim, nigdy o naszym". Po "wycieczce" do Rwandy nie jestem gotowa na taki nihilizm.

Agata Passent

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje