Jenny
Ściany naszej sali od historii zdobiła wystawa "Nigdy więcej wojny". To było w podstawówce im. 176. Pułku Piechoty. Dziś szkoła ma inną nazwę - zmienioną ze słusznej politycznie na bardziej słuszną politycznie.
Ściany naszej sali od historii zdobiła wystawa „Nigdy więcej wojny”. To było w podstawówce im. 176. Pułku Piechoty. Dziś szkoła ma inną nazwę – zmienioną ze słusznej politycznie na bardziej słuszną politycznie.
Jako dziesięciolatka wpatrywałam się w czarno-białe fotografie gruzów i zgliszcz Warszawy. Jednym uchem słyszałam monotonny głos nauczycielki czytającej z podręcznika coś o Bolesławie Śmiałym, a drugim uchem piski koleżanek skaczących przez gumę na podwórku. Szczęściary były już po lekcjach.
Wystawa nie ograniczała się do ściany z fotografiami i plakatami głoszącymi modne wtedy hasło: „Nigdy więcej wojny”. W sali stała też gablotka z kopiami dokumentów mówiących o medycznych eksperymentach, które Niemcy przeprowadzali na więźniach. Kurator wystawy pragnął, by zwiedzającym wryła się w podświadomość i pamięć – nie zmieniono jej do czasu ukończenia przez nas szkoły. Dziś już wystawy tam nie ma, sprawdzałam. Dzieci mają wnętrza przyjazne, pastelowe, z rysunkami zwierzątek i instrukcjami, jak dbać o planetę.
Wymienia się stare drewniane okna na takie z PCW, a tablice z kredą na laptopy – Szwecja po prostu. Kto by się bawił w gazetki ścienne z reportażem wojennym – dzieci mają prawo do dzieciństwa, gier na ajfonie, lansiarstwa, Hanny Montany i automatów z colą oraz prezerwatywami. Dziś wszyscy rodzice to pacyfiści. „Nie kupuję synowi ubrań w moro”, z wyższością skomentowała jakaś pani bojówkowe szorty mojego syna. Hasło „Nigdy więcej wojny” okazało się utopijną propagandą, dziś wojny jest wokół tyle, że przestaliśmy ją zauważać.
Na razie nie dzieje się w naszej piwnicy, tylko bulgoce w oddaleniu. Przesuwa się na pasku wiadomości, jedna z setek wojen. Afganistan to czy Irak, czy Libia? Rwandę od Sarajewa jakoś da radę odróżnić, ale Sudanu od Rwandy to już nie idzie. Ormianie, Kurdowie, Asyryjczycy – taki kociokwik konfliktów nam serwują między reklamami seriali, samochodów i leków na zgagę, że aż drinka przy telewizorze odechciewa się sączyć. Wojnę sprzedaje się w centymetrach tzw. materiału przygotowanego dla nas przez producentów kontentu, kiedyś zwanych dziennikarzami.
Rok temu spytałam reportera pewnej poważnej, a nie tam kobiecej gazety, gdzie można poczytać coś o współczesnych weteranach. „No wiesz. Amerykanie książki i filmy o nich robili. Na przykład Lot nad kukułczym gniazdem albo Łowca jeleni”. Co z naszymi bohaterami, tymi, którzy wrócili przedwczoraj, w jakiś piątek albo sobotę, anonimowym lotem, nie ci z orderami z Muzeum Powstania? „Och, już tyle o tym pisaliśmy, to nuda. Ile można o tym, że jeden nie ma nogi, a drugi od sześciu lat leczy się u psychologa i że pomaga im państwo”. Temat niechodliwy jak weteran.
Z letargu budzą nas czasem artyści współcześni, pozamykani w małych galeriach hermetycznego światka historii sztuki. Ich prace nie trafią na kubki ani podkładki pod myszkę komputerową. Po co komu wojna na desce do serów? Ile osób dotrze na wystawę Jenny Holzer w galerii Art Stations w Starym Browarze w Poznaniu? Jenny jest jedną z najbardziej znanych współczesnych artystek na świecie – maluje, pisze, tworzy instalacje w różnych technikach.
Urodziła się w latach 50. w Ameryce, a ostatnio wiele swych prac poświęciła wojnie w Iraku. „Gdy zaczęła się wojna w Iraku, byłam wstrząśnięta. Pomyślałam sobie: co mogę zrobić w tej sprawie?”, mówiła podczas wernisażu skromna długowłosa, siwa pani. Patrząc na nią, myślałam: ja zadaję sobie to pytanie codziennie i nic nie robię. Pomimo że wychowałam się na utopijnym haśle „Nigdy więcej wojny”, a Muzeum Powstania zwiedzałam kilkakrotnie.
Holzer natomiast postanowiła przeczytać wszystkie odtajnione przez rząd USA dokumenty dotyczące sytuacji na Bliskim Wschodzie i z kopii tych dokumentów zaczęła tworzyć obrazy. Przetwarza je na sitodruki, powiększa, umieszcza na pomalowanym białym płótnie. Robią przerażające wrażenie: nagle dokument, który był karteczką papieru, na której ważyły się czyjeś losy, dostajemy w formacie metr na dwa metry, zawieszony na białej ścianie.
U Jenny Holzer minimalizm formy – biel, czerń, żadnych malowanych scen wojennych – sam dokument na płótnie kontrastuje z tym, co niedopowiedziane. Patrzymy na estetyczny obraz, a wyobrażamy sobie machinę wojenną, panów w garniturach, urzędy, komputery, bazy wojskowe. Na wernisażu Jenny Holzer najbardziej poruszyły ludzi te oleje na płótnie, które przedstawiały odciski rąk żołnierzy.
Pięć palców, linie papilarne – jeśli patrzymy na te obrazy z daleka i nie znamy kontekstu, w jakim powstały, wyglądają jak czarne liście na śniegu. Ponad każdym odciskiem amerykański cenzor usiłował wymazać znaki umożliwiające identyfikację, zamalowując je flamastrem na czarno. Jedną z tych dłoni odciśnięto już po śmierci żołnierza. Kim był? Mężczyzną kochanym, niekochanym? Dobrym uczniem w szkole?
Jeśli jeszcze prace Jenny Holzer wiszą w Poznaniu w Starym Browarze, to warto interesy, wizytę u kosmetyczki, partyjkę golfa, bilet na koncert fajnej kapeli garażowej odłożyć na później i te prace obejrzeć. Po co? Po co dzieciom pokazywać takie okropności, babcię denerwować i siebie? Czy nie dość nerwów mamy z niespłaconym kredytem, nadwagą, brakiem kochanek i drogą benzyną? Nie dość. Jenny Holzer nie jest szaloną hipiską, którą można zepchnąć do hermetycznego światka kolekcjonerów i kuratorów. Ona powinna nas masowo wybudzać z otępienia.
Agata Passent
Twój STYL 6/2011
Artykuł pochodzi z kategorii: Agata Passent
-
Wasze komentarze
Polecamy
-
Dziś w portalu:
-
-
zablokowalam sie. tak calkiem i zupelnie. siedze przed... więcej
Reklama
Wasze komentarze (1)
-
12.06.2011 (16:27)
-













Wasze artykuły
Dziesięć męskich grzechów głównych
Wynotowałam sobie na kartce, to, czego nie lubię oglądać na polskiej ulicy w męskim wydaniu i przypadkiem wyszła mi okrągła liczba. więcej
Piękna i bestia
W pułapce własnych myśli