Ja też często nie rozumiem lektur
Od czasów szkoły i studiów niewiele się w tej sprawie zmieniło prócz tego, że głośniej i częściej dochodzą mnie utyskiwanie nauczycieli, którym szczęki opadają, gdy słyszą, jakimi to my, czytelnicy, jesteśmy ignorantami.
Często budzę się w nocy zlana potem, gdyż śni mi się, że trafiam do współczesnej szkoły i jest równie strasznie, jak było kiedyś w mojej budzie. Natężenie strachu takie samo: trzęsę portkami, stojąc przy laptopie nad testem ze zrozumienia tekstu, i nie wiem, czy zakreślić odpowiedź B czy A, czy C.
Lektury są trudne dla tzw. ignorantów, którzy nie znają daty tragedii w Katyniu ani nie odróżniają Karolingów od Longobardów, ale byłyby z pewnością łatwiejsze, gdyby nauczyciele naprawdę się z nami nad tymi lekturami pochylali. Nauczyciel musi być jak coach. Oddany uczniowi niczym trener Justyny Kowalczyk swojej wychowance.
Musi kochać książki, pasjonować się nimi, bo jeśli sam uważa je za gnioty, to trudno będzie do nich zachęcić. Musi mieć anielską cierpliwość. Lektury są jak pola minowe i potrzebny jest specjalny system dokładnego przedzierania się przez tekst. Jeśli nasz przewodnik jest do tego empatyczny, to wtedy nie dość, że czytelnik pojmie coś niecoś z „cegły”, ale nawet może odczuć szokującą radość z czytania. Lecz trudno osobie oczytanej zrozumieć, czego dokładnie nie rozumiemy, i jeszcze wytłumaczyć to językiem do nas przemawiającym!!!
Na początek powiem Państwu, czego ja nie rozumiem w lekturach na przykładzie powieści "Miasteczko Middlemarch", która w krajach anglosaskich jest w kanonie, a w Polsce powinna być. Otóż biorę tę powieść do ręki i nie rozumiem: słów, zdań, bohaterów, miejsc ani czasu, ani sposobu narracji, ani autorki. Właściwie nic nie kumam, co powoduje frustrację i pojawienie się pytania: „Po co w ogóle czytać tysiąc stron na temat jakiejś mieściny w dalekiej Anglii, której to mieściny nigdy nawet nie było?”. Tysiąc stron? Kto to wymyślił?
Zacznijmy od słów. Lista słów, których znaczenia nie znam, jest w Middlemarch bardzo długa. Na przykład jedna z głównych bohaterek o dziwacznym imieniu Rozamunda cały czas robi frywolitki. Czy to są miny? Czy to są rogaliki we frywolnych kształtach? Sprawdzam w słowniku, nie ma tam takiego słowa.
Pytam mojego chłopaka – on nie wie. Gugluję. Jest wreszcie! Frywolitka to rodzaj haftu szydełkowego. Nie łatwiej zrozumieć sytuację głównych bohaterek. Jestem kobietą, a mimo to identyfikowanie się z Rozamundą czy Doroteą idzie mi jak po grudzie, wymaga niesamowitej wyobraźni.
Rozamunda właściwie nie robi nic. Jak ona, bidulka, funkcjonuje? Dlaczego rodzice trzymają w domu dziewczynę, która ani nie studiuje, ani nie pracuje, ani nie dorabia jako kelnerka czy babysitterka? Przecież jest pełnosprawna i niegłupia. Całe dnie robi na szydełku. Ale wcale tych prac nie sprzedaje. Gdzie oni to w domu trzymają?
Ciągle kłóci się z bratem, który też nie pracuje, tylko ma długi. Co więcej Rozamunda w ogóle kasą się nie przejmuje. Uważa, że pieniądze po prostu jej się należą! Dorotea za to ma konia. To jest super. Też bym chciała, ale gdzie byśmy go wstawili? Tato nigdy nie kupiłby mi stajni. Mam auto, ale nie zrezygnowałam z jazdy, od kiedy sypiam z mym chłopakiem.
A Dorotea po ślubie zrezygnowała z jazdy konnej! Wszystkie dziewczęta całymi dniami kombinują, jak przypodobać się facetom. A ci faceci? Czy są ich warci? Czy Dorotei naprawdę podoba się taki staruszek? A seks? Czy oni w ogóle to robią? Jednym z centralnych problemów Rozamundy wydaje się to, że nie odróżnia flirtowania od miłości. Ojej, to jest jakaś różnica? A tak w ogóle to wszyscy ludzie w tej powieści niby mieszkają w małym miasteczku, a czas spędzają, głównie odwiedzając się nawzajem. Przecież i tak się znają.
Nikt z nich nie pracuje? Najgorsze, że nie rozumiem nastawienia narratora do postaci. Czy on z nich kpi, czy pisze na serio? A metafory to już w ogóle wprawiają mnie w osłupienie, proszę przeczytać: „wstąpiwszy raz w małżeńską łódź, nie sposób nie zdać sobie sprawy, że nie posuwa się ona naprzód, że morza nie widać, że – krótko mówiąc – człowiek zajmuje się badaniem stojącego stawu”.
No jak to tak? Myślałam, że w 1830 r. to wszyscy się cieszyli, wstępując w małżeńską łódź. Nawet w 2011 roku geje i lesbijki też pragną stać w stawie. To po co oni wszyscy się żenią, skoro ta łódź im potem nie hula? Okazuje się, że George Eliot to pseudonim jest. Po co komuś był nick w czasach, gdy sieci nie było? Jeśli autorka nie używa brzydkich słów ani nie obraża czytelników, to po co kryje się za pseudonimem? W dodatku ta książka była w prehistorii bestsellerem, jak kryminały Stiega Larssona.
Mary Ann Evans nie chciała być na tamtejszym Pudelku ani w pismach kolorowych, tylko chowała się za pseudonimem. Bez sensu. Dziś by mogła nawet tańczyć z gwiazdami na rurze za taki bestseller. „Szkoła nie jest do lubienia”, uspokajał mnie przed laty pewien mądry psycholog. Kiedy do niej chodziłam, zawsze miałam poczucie bycia ofiarą. Teraz też nie jest słodko. Dziewczyny tak się stresują, że popadają w anemię, bulimię, tną się nożem po całym ciele.
Znów ta sama śpiewka. Nauczyciele nie rozumieją nastolatek i na odwrót. Na szczęście miałam też takich belfrów, dzięki którym rozszyfrowywanie starych cegieł sprawia mi radość. Tysiąc stron? Sama przyjemność. Trzeba zasmakować. Trzeba spotkać dobrego nauczyciela, który potrafi z nami chodzić po minach i sam nie robi obrażonej miny.
Agata Passent
Twój STYL 8/2011
Artykuł pochodzi z kategorii: Agata Passent
-
Wasze komentarze
Polecamy
-
Dziś w portalu:
-













Wasze artykuły
Dziesięć męskich grzechów głównych
Wynotowałam sobie na kartce, to, czego nie lubię oglądać na polskiej ulicy w męskim wydaniu i przypadkiem wyszła mi okrągła liczba. więcej
Piękna i bestia
W pułapce własnych myśli