Przejdź na stronę główną Interia.pl

Inna strona księżyca

Kończę czytać "Nic nie dzieje się przypadkiem" Tiziana Terzaniego. Ten zmarły kilka lat temu znakomity reporter "Spiegla" zanotował: "Często przypominałem sobie kobiety hinduskie, wciąż bardzo kobiece, pewne siebie w jakże odmienny sposób (...). Nie atletyczne, ale w naturalny sposób piękne. Naprawdę inna strona księżyca.

Poza tym – podobnie jak kobiety europejskie z pokolenia mojej matki – zawsze stanowiące część rodziny, grupy, nigdy niepozostawione samym sobie". Ci z Państwa, którzy przeczytali tę wzruszającą książkę, wiedzą, że jej głównym tematem jest opowieść o zdrowotnych i duchowych przygodach autora, który pewnego dnia dowiaduje się, że jest chory na raka. Nie jest więc to traktat o kobietach czy esej feministyczny. Uczepiłam się tego cytatu z przekory. To nieprawda, że Europejki są atletyczne. Wystarczy wizyta na plaży w Łebie czy San Sebastian, by zauważyć, iż coraz więcej Europejek goni za Amerykankami. Nadwaga wśród kobiet zdaje się rosnąć wprost proporcjonalnie do nowych diet i klinik dietetycznych, filozofii oraz metod żywienia.

Reklama

Europejki dość anemicznie stawiają czoła konsumpcji.

W czasie wakacji zauważyłam, że po późnym śniadaniu wiele Polek ląduje na plaży, gdzie zjada drożdżówki, wędzone ryby, gofry, lody. W czasie pracy między służbowym lanczem a obfitą i późną kolacją przed telewizorem Europejki podjadają jogurty, musli, jabłka, orzechy, suszone morele, piją "damskie" piwa, damskie drinki oraz "zalecane przez kardiologów" kieliszeczki wina. Gdzie, poza mistrzostwami świata w lekkiej atletyce, autor widział te "atletyczne Europejki"? Częściej widuję anorektyczne Europejki. Niestety, jedna z moich przyjaciółek z okresu studiów, Brytyjka z bardzo zamożnej arystokratycznej rodziny, zmarła na tę chorobę. Pamiętam, jak na pierwszym roku właściwie nigdy nie widywałam jej w studenckiej stołówce, za to często na steperze z kawą frappuccino w ręku. Jednak na samej kawie nie udało się jej przeżyć, nie pomogła też, mocno spóźniona, terapia psychologiczna i szpitalne pobyty. Jakoś tak po studiach, gdy zaczynamy więcej gotować, część z nas wpada w pułapkę zdrowego żywienia. Nie ma dnia, aby w mediach dziennikarze i eksperci nie obrzydzali nam tego, co niezdrowe. Próbowano straszyć mnie masłem, jajkami, potem niektóre znajome odwracały głowę w drugą stronę, gdy na moim talerzu befsztyk z polędwicy sikał krwią. "Czerwone mięso? To będziesz trawiła godzinami", tłumaczyły oczytane przyjaciółki. Czyżby zbyt wiele z nas uwierzyło w powiedzenie "Jesteś tym, co jesz?". Bzdura.

Jestem tym, o czym marzę.

Jestem tym, co zapomniałam. Jestem tym, co czytam. Jestem tym, za kogo dziś się przebrałam. Takich efektywnych powiedzonek możemy wymyślać sobie na pęczki. Ostatnio wykańczają nas: glutaminian sodu zwany podobno syndromem chińskiej restauracji, spulchniacze i barwniki. "Glutaminian sodu jest wszędzie, sklepy spożywcze od lat są tak naprawdę sklepami chemicznymi", uświadamiała mnie ostatnio koleżanka. "Ale gdybym miała jeść dziś żywność bez konserwantów, to cały dzień musiałabym spędzać na polowaniu. Nie mam na to czasu, niestety – tłumaczyłam koleżance, dlaczego nie jeżdżę przez pół miasta do miłego pana, który sprzedaje czysty nabiał. – Nie jem już kurczaków, większości ryb, czy ty chcesz mnie zagłodzić?", w końcu nie wytrzymałam i przerwałam koleżance wywód o horrendalnie niezdrowych łososiach. Może pisząc "atletyczne Europejki", Terzani miał na myśli te panie, które spotykamy w klubach sportowych? Coraz więcej Europejek woli spędzić niedzielę rano w fitness klubie niż w synagodze czy kościele. Nie wszystkimi jednak powoduje chęć posiadania atletycznej budowy. Dla mnie sport, prócz czystej radochy, to skutek uboczny prawa jazdy. Żałuję, że jeżdżę autem i nie potrafię tak zmienić swego życia, by z auta zrezygnować. Im więcej czasu spędzamy w aucie, tym więcej zarabiają na nas koncerny samochodowe, rehabilitanci, ortopedzi, masażyści. Kobiety skarżą się na bóle kręgosłupa, a kilka moich przyjaciółek miesiące spędza w klinikach rehabilitacyjnych, choć do dziewięćdziesiątki jeszcze im daleko.

Gdzie mistrz Terzani widywał te atletyczne Europejki?

Jak każdy reportażysta i on projektował własną fikcję na rzeczywistość. Uwaga o tym, że Europejki są "pozostawiane samym sobie", jest boleśnie słuszna. Domy wielorodzinne są dziś takim ewenementem, że pokazuje się je w reportażach. Małżeństwa z ośmiorgiem dzieci fotografuje się w prasie. Kobieta mieszkająca z siostrami, teściową, synową, babcią Kazią i stryjkiem Darkiem miałaby szanse na order spółdzielni mieszkaniowej Pax. Aby spędzić czas w grupie bliskich nam duchowo kobiet, musimy z trudem wygospodarować dwa wieczory w roku, planować na dwa miesiące wcześniej i komunikować się przez Naszą-klasę i Facebook. Ostatni raz w naturalny sposób, bez planowania, spędzałam czas w gronie kobiet na studiach. W firmach nasz los jest na tyle niepewny, że często wolimy nie zaprzyjaźniać się z innymi dziewczynami. Niektóre kobiety ulegają wyścigowi szczurów, boją się, że w rozmowie przy herbacie chlapną za dużo i koleżanka "ukradnie" im jakiś pomysł na zamknięcie transakcji. Notorycznie zdradzamy przyjaciółki dla narzeczonych, kochanków czy mężów. Ile razy już to słyszałam: "Wiesz, nie pójdę na ten koncert, bo nie chcę Misia samego z dzieckiem zostawiać". Sporadycznie powstają jakieś kluby kobiet, ale zawsze ma to jakiś polityczny albo charytatywny podtekst. Tak posiedzieć kilka godzin w tygodniu z kobitkami i pogadać o książkach Tiziana Terzaniego jakoś nam, drogie Panie, się nie udaje. Muszę zajrzeć na drugą stronę księżyca.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje