Przejdź na stronę główną Interia.pl

Buntownik bez portfela

Narzeczona Buntowniczka wstaje bezszelestnie, gdyż Buntownik musi się doszczętnie wyspać.

Jak sobie nie pośpi, nie wygrzeje pod kołdrą umięśnionych nóżek zmęczonych jazdą na rowerze i erotycznymi piruetami, jest po prostu nieprzytomny. Tłuczenie talerzami, walenie drzwiami lodówki czy burczenie zmywarki to dźwięki, których kobieta Buntownika nauczyła się podczas śniadania nie uruchamiać.

Reklama

Precyzyjniej sprawę ujmując, narzeczonej wydaje się, że nią jest, lecz Buntownik nigdy jeszcze tak jej nie nazwał. Uważa się za odrębny byt niezwiązany żadnymi pętami. Singiel z kilkoma mniej lub bardziej stałymi partnerkami. Jest pięknym ciałem poruszającym się po elipsie między dzielnicami miasta. Gdy akurat porusza się pieszo, to wpada do Natalki, znajomej rozwódki.

Ona zamawia aromatyczne jedzenie, które dowozi jej młody Nepalczyk na skuterze - odkąd mąż się wyprowadził, nie chce się Natalce gotować, ale chętnie karmi głodnego Buntownika. W dni, w które Buntownik nie pije, potrafi na rowerze dojechać aż za rzekę do Asi z pięknym ogrodem warzywnym i grillem. Po co jej plantacja ma się marnować? Buntownik chętnie wykorzysta swe muskuły, bo powyrywać z Asią rzepkę.

Niestety dość często mu się zdarza, że znajomy właściciel pubu postawi mu dużego specjala i wtedy dotelepie się rowerem najwyżej do studentki medycyny, która nie gotuje, ale za to tatuś kupił jej superkomputer z wielkim monitorem. Sporadyczne wizyty oznaczają tak naprawdę widzenie się z każdą ze znajomych co drugi, trzeci dzień, ale Buntownik czasu nie liczy. Narzeczone sponsorują mu również śniadania, lecz on o pieniądzach w towarzystwie nie rozmawia.

Śniadaniowe menu Buntownika różni się od tego, którym pasie się motłoch. Rano jada grejpfruty i nasiona słonecznika. To dieta mężczyzny uduchowionego, a nie jakiegoś zwierza pożerającego mięcho, które trawi się całą noc. Buntownik gardzi pośpiechem. Poranki są po to, by je celebrować - to jego filozofia. Bieganie do pracy na dziewiątą rano "przeraża" - zresztą po co tracić czas na stanie w korkach lub robić z siebie sardynkę w konserwie ściśniętą w tramwaju? Słyszał o ludziach, którzy chodzą na wykłady lub do biur na ósmą rano, i współczuje im, że dali się wpędzić w taki poniżający kierat.

Dwaj jego koledzy, z którymi robił maturę, mają nawet dzieci, ale Buntownik nie ma zamiaru być rodzicem. Świat jest taki zły - po co sprowadzać nań dziecko? Buntownik jechał dwa razy w życiu tramwajem o 8.30. Raz spieszył się na zajęcia, gdy jeszcze studiował anglistykę, którą porzucił. Buntownik studiował na wielu fakultetach, ale żadnego nie skończył, gdyż ciało pedagogiczne nie było zdolne dojrzeć jego talentów. Profesorowie na anglistyce kazali mu zakuwać jakieś gramatyczne formułki zamiast dać mu iść przez życie z bajroniczną wizją.

Drugi raz Buntownik tramwajem jechał, gdy niedobry tatuś kazał mu zdążyć na rozmowę wstępną w firmie logistycznej. Podczas rozmowy jakiś odprasowany psycholog próbował mierzyć bezkresną osobowość Buntownika głupimi formułkami, więc Buntownik powiedział, że w takiej atmosferze zespół nie będzie w stanie rozwinąć skrzydeł. Wysłał potem jeszcze kilka cv, ale fakt, że nikt nie zadzwonił, proponując dobrze płatne stanowisko, był tak poniżający, że zarzucił tego typu wysiłki.

Buntownik kredytu nie spłaca - nie dla niego taka niewola. On mieszkanko łaskawie przyjął po zmarłej babci, która nazywała go swoim pieszczoszkiem. Buntownik kolegów ma niewielu - mężczyznami w zasadzie gardzi, gdyż jeżdżą nieekologicznymi jeepami i wykorzystują ludzi, każąc im harować w swych firmach. Mężczyźni unikają go, bo wytyka im brak wrażliwości społecznej - oni nie pikietują z nim przeciwko zanieczyszczeniom powietrza (są menedżerami fabryki), nie ratują koni wywożonych na rzeź (w weekendy chętnie polują), nie czytają na głos charytatywnie w domach spokojnej starości wczesnym popołudniem (siedzą wtedy w szklanych biurowcach).

Koledzy zatem unikają Buntownika, gdyż albo budzi w nich odrazę (metroseksualna ciota), albo zazdrość (dupczy po całym mieście, nie płacąc alimentów), albo poczucie winy (jest antyjapiszonem). Buntownik regularnie widuje się tylko z jednym przyjacielem, który kupił mu karnet na siłownię. Wolał już postawić Buntownikowi bez portfela karnet, niż ćwiczyć bez towarzystwa, które go dopinguje. Buntownik nigdy nie pozwoli sobie na brzuch od piwa czy nadwagę - to plaga współczesnej cywilizacji, której mówi stanowczo "nie", prężąc pośladki.

Niestety raz w miesiącu Buntownik musi opłacić rachunki. Dorabia sobie recenzjami płyt winylowych publikowanymi w światowych portalach. Słucha chorałów gregoriańskich, dźwięków Rzeszowszczyzny, piosenek Bułata Okudżawy - bo tego nie słucha nikt. Po siłowni odwiedza darmowe galerie sztuki, by móc zafascynowanym przyjaciółkom recenzować to, co widział, trochę fotografuje, przegląda "Twórczość" w bibliotece i tak dociąga do pięćdziesiątki. Wtedy przeprowadza się do Kenii.

Mąż jednej z wielu jego koleżanek zbudował tam ranczo, ale na co dzień nie ma kto pilnować posiadłości. Taki dziki, nieustraszony Buntownik będzie w sam raz - popilnuje piwniczki z winem i stajni dla koni. Bilet znajomy wrzucił w koszty wstrętnej kapitalistycznej firmy. Buntownik jest sponsorowany, ale po co psuć mu humor i wprawiać w hemingwayowski alkoholizm?

Agata Passent

Twój STYL 9/2011

Dowiedz się więcej na temat: felieton | Agata Passent

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje