Przejdź na stronę główną Interia.pl

Kombinacje alpejskie

Żeby wyciągnąć zimą w Alpy kogoś, kto jak ja nie lubi jeździć na nartach, trzeba użyć fortelu. Nie znoszę tłumów, mam lęk wysokości, podróż wyciągiem na szczyt jest dla mnie torturą. Jednak dałam się namówić na wyprawę w Dolomity. Przynęta? Jak zwykle ta sama - jedzenie. Gdy inni szusowali w dół stoku, ja poznawałam kuchnię Górnej Adygi - jednego z najciekawszych kulinarnie regionów Europy.

Poplątanie z gotowaniem

Wybrać się tam było warto, odkryłam dwie wspaniałe rzeczy: różnorodne i pyszne tradycyjne potrawy i - z innej kategorii - rakiety śnieżne. Okazało się, że chodzenie po górach poza trasami zjazdowymi na szerokich i krótkich nartach to przyjemna forma wysiłku!

Reklama

Po godzinnym spacerze odpoczynek w lokalnej knajpce jest zasłużoną nagrodą. Dla tych, którzy dopiero odkrywają region, posiłek zawsze będzie niespodzianką. Bo wpływy tyrolskie mieszają się tu z włoskimi, można więc zjeść pizzę ze speckiem (soloną i wędzoną szynką), tagliatelle z przysmażanymi kiełbaskami albo spróbować jednej z potraw kuchni ladyńskiej.

Ladynowie to stara grupa etniczna, dziś mieszkają przede wszystkim w pięciu dolinach: Val Badia, Val Gardena, Val di Fassa, Val Livinallongo i Val Ampezzo. Mówią we własnym języku - mieszance retroromańskiego i niemieckiego. Absolutnie nie do zrozumienia ani dla Włochów, ani dla Niemców czy Austriaków. Dlatego większość Ladynów biegle posługuje się też włoskim i niemieckim.

Kuchnię mają równie oryginalną jak język. Kiedyś, zanim Europejczyków nie opanowała narciarska gorączka, był to region ubogi, peryferie cesarstwa austro-węgierskiego. Górale jadali prosto, ale zawsze pożywnie, stąd wiele dań z mąki gryczanej, np. smażone w głębokim tłuszczu pierogi z serem i szpinakiem czy tutres - placuszki ze szpinakiem. Jadłospis urozmaicały przetwory mleczne, kozie i owcze sery, jogurty. Odizolowaniu regionu, a po trosze modzie na slow food, zawdzięczamy, że i teraz w lokalnych knajpkach można spróbować większości tradycyjnych ladyńskich potraw.

Która najlepsza? Choć od deserów wolę sery, ciasta z okolic narciarskiego kurortu Alta Badia uważam za jeden z miejscowych przebojów. Smak strudli i tart, placków z miodem i bakaliami zapamiętałam jako doskonały.

Z górskiej półki

Wszystkich narciarzy głodomorów ucieszy informacja, że mogą spędzić na stoku cały dzień bez wyrzeczeń kulinarnych (kanapki i sok z kartonika). Na obiad nie trzeba zjeżdżać w dolinę, jada się go tuż przy stoku, w jednym z licznych, malowniczo położonych schronisk, czyli utia (z ladyńskiego chata).

Menu w Dolomitach różni się bardzo od tego w Tatrach czy Sudetach. W Polsce do schroniska wpada się zazwyczaj na gorącą herbatę lub posiłek z konieczności. A jadłospis przypomina ten z kiepskiego baru mlecznego: bigos, pierogi, barszcz czerwony. W dodatku większość dań przygotowywana jest z mrożonek.

W Górnej Adydze obiad w utia to kapitalne doświadczenie gastronomiczne. Serwuje się tam proste, świeżo przygotowywane dania. Do schroniska św. Krzyża w masywie Sella można wybrać się wyłącznie po to, żeby podziwiać okolicę. Ale jeśli już Państwo do niego dotrą, proszę się wybrać na lunch. Jadłam tam Gerstensuppe, miejscowy odpowiednik naszego krupniku, z fasolą, kaszą jęczmienną i speckiem. A potem zamówiłam Kaiserschmarn (omlet cesarski), gruby, robiony z mąką omlet, posypany cukrem. Do tego filiżanka espresso (dobrą kawę można wypić nawet w najmniejszym schronisku), wszystko pyszne.

Po takim posiłku człowiek znów ma energię i ochotę, by zjeżdżać lub maszerować. Jeśli "popas" ma być krótki, można zamówić coś z miejscowych Fast foodów, a właściwie slow foodów, na przykład kanapkę z żytniego chleba ze speckiem i pieczoną cebulą.

Wiatr od morza

Kiedy już się przekonałam, że Adyga dostarcza atrakcji kulinarnych na wysokim poziomie, moi przewodnicy obiecali, że będzie jeszcze lepiej. Gdy w jednym miejscu spotykają się narciarze z całej Europy, restauratorzy powinni być przygotowani na wszystko. O czym można zamarzyć, przemierzając szlaki położone powyżej 2 tys. m n.p.m.?

Ja na przykład nabrałam ochoty na spaghetti z homarem... Szybka decyzja, jedziemy do Rifugio Emilio Comici. Po co? Żeby zjeść w schronisku świeżutkiego homara! Ale skąd się tam wziął? Rano przyleciał znad Adriatyku, gdzie właściciel Rifugio ma własne łowiska, a potem wjechał na górę wyciągiem.

Otrzepuję ze śniegu kurtkę i siadam przy elegancko zastawionym stole. Później dowiaduję się, że to jedyne schronisko w okolicy, gdzie w sezonie warto zarezerwować miejsce. Nic dziwnego, w karcie brak dań regionalnych, za to jaki wybór owoców morza! Jest mój wymarzony homar, dorada, tuńczyk, ostrygi. Żadnych mrożonek! Wszystko z dzisiejszej dostawy, doskonale przyrządzone i w cenach, które nie przyprawiają człowieka o zawrót głowy.

Zamawiam antipasto di Mare (ostrygi, ośmiorniczki na zimno z oliwą, czosnkiem i pietruszką, krewetki z rusztu), a na danie główne makaron bavette - płaskie nitki z homarem i sosem pomidorowym. Zajadam morskie wspaniałości, spoglądając na alpejskie szczyty.

Gwiezdne aspiracje

W Dolomitach można też stołować się w miejscach specjalnie wyróżnionych na kulinarnej mapie świata. Alta Badia to zagłębie doskonałych restauracji, kilkunastu z nich przyznano po gwiazdce Michelina. St. Hubertus w hotelu Rosa Alpina w miejscowości San Cassiano ma ich aż dwie. Szefem kuchni jest tu Norbert Niederkofler. Poznałam go, to uzdolniony i interesujący człowiek. Korzysta przede wszystkim z produktów lokalnych, które można kupić w odległości ok. 100 km. Łączy regionalne przepisy z elementami fusion i tworzy niepowtarzalne autorskie dania. Wszystkie potrawy są przygotowywane na bieżąco i tak pomyślane, żeby nie trzeba było na nie długo czekać. Proszę też sobie wyobrazić, jak doskonale wyszkolony jest personel kuchenny, skoro 20 osób obsługuje bez problemu 300 klientów dziennie!

W St. Hubertusie jadałam risotto z esencją z igieł sosnowych i wędzoną piersią perliczki. Mięso smakowało fantastycznie, ale najbardziej spodobał mi się pomysł, by dodać ekstrakt z igieł sosny do ryżu. Co za wyobraźnia kulinarna!

Drugim znanym w regionie miejscem jest hotel La Perla w Corvarze i tamtejsza restauracja La Stüa de Michil. Do La Perli, oprócz dobrego jedzenia, warto zajrzeć z dwóch jeszcze powodów. Mają tam muzeum wina, dosyć kiczowate, ale ciekawe. Można w nim uzupełnić wiedzę o miejscowych trunkach, choć ołtarzyk, w którym obiektem kultu jest butelka sassicai (doskonałe czerwone włoskie wino), wprawił mnie w zakłopotanie... Za to w jadalni niesamowicie spodobały mi się kwiatowo-owocowe dekoracje stołów, wszystkie skomponowane według pomysłu matki właściciela hotelu, która słusznie wierzy, że uczta dla oczu jest równie ważna jak ta dla podniebienia. A skoro nie każdy z gości może wyglądać przez okno, trzeba sobie radzić inaczej. Na mnie jej sposób zadziałał fantastycznie, widok sali jadalnej w La Perli pamiętam tak samo dobrze jak górskie pejzaże.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje