Droga pani Tesso!
Czy zdarza się Pani nagle i bez wyraźnej przyczyny zatęsknić za jakimś miejscem?
Mniej więcej w połowie wakacji, które spędzam w tym roku u przyjaciół w Kobusach, małej mazowieckiej wsi w okolicach Maciejowic, zamarzyłam, żeby znaleźć się w Damaszku...
Może to wina suchego rozgrzanego powietrza, a może zadziałał tak zapach ziół suszących się na ganku? Dość, że poczułam, jak bardzo chcę posiedzieć wieczorem w jednej z knajpek przy Bab Sharqi (Wschodniej Bramie), zjeść pachnący czosnkiem, kuminem i prażonym sezamem posiłek, wypić ziołową herbatę albo słabe lokalne piwo Barada, posłuchać "klubowych" przeróbek tradycyjnej arabskiej muzyki. Niestety, chwilowo to marzenie nie do zrealizowania, urlop kończy się za kilka dni, a i sytuacja polityczna w Syrii nie sprzyja beztroskiemu wypoczynkowi.
Skoro tak, postanowiłam damasceński klimat odtworzyć nad Okrzejką... Mam nadzieję, że skutecznym antidotum na raptowny atak tęsknoty okaże się orientalna kolacja. Piszę list do Pani, wykorzystując krótką przerwę w przygotowaniach do niej. Co w menu?
Na przystawkę podam zatar. Jadłam różne wersje tej ziołowej mieszanki, jednak najbardziej lubię taką: 2 łyżki suszonego tymianku, łyżeczka oregano (listki powinny być bardzo drobno pokruszone), łyżka mielonego sumaku, 3 łyżki sezamu uprażonego bez tłuszczu na patelni, szczypta morskiej soli. Teraz wystarczy dolać 3-4 łyżki oliwy i mamy pachnący sos. Najlepszy jest z pitą, ciepłym arabskim chlebem, jednak całkiem nieźle smakuje ze świeżą pszenną bułką, a w Maciejowicach jest dobra, tradycyjna piekarnia.
Do zataru jako danie główne dołączy sałatka fatoush z roszponki, pomidorów, natki pietruszki, mięty i świeżych ogórków. Serwuje się ją z sosem winegret (do którego trzeba dodać szczyptę chili i szczyptę zataru) i z grzankami. W wersji oryginalnej są robione z płaskich arabskich placków, mnie wystarczą te z naszego pszenno-żytniego chleba. Na deser będzie słodka mocna herbata i porcja wspomnień z podróży do Damaszku.
A gdzie orientalny gwar? Zadbamy o niego sami, czwórka dorosłych i trójka dzieci powinna nieźle sobie z tym poradzić.
Pozdrawiam serdecznie,
Joanna
Droga Pani Joanno!
Odebrała Pani list tuż po powrocie z kilkudniowej wycieczki i szybko odpowiadam. Byliśmy z mężem w Montepulciano i Montalcino, na południe od Sieny. Co za pejzaż! Kredowe wzgórza, pojedyncze cyprysy rozrzucone tu i ówdzie przez roztargnionego Stwórcę.
O tej porze roku trawa jest już wypalona słońcem, kolorem przypomina piasek, jedyny kontrast to kładące się na wzgórzach cienie. Krajobraz trudny i surowy, przypominający bardziej wydmy na północnoafrykańskiej pustyni niż Toskanię.
Czytam Pani list o tęsknocie za Syrią i myślę sobie, że po takiej dawce upałów marzę o chłodnej, zielonej Norwegii! Ale zachęciły mnie Pani przepisy na arabskie dania, rewanżuję się opisem doświadczeń kulinarnych z ostatnich dni. Montepulciano to miejsce, do którego bardzo chętnie wracamy z Kubą nie tylko ze względu na piękno architektury, ale i znakomite jedzenie.
Miasteczko położone na wzniesieniu pomiędzy doliną Chiany i Orcia znane jest przede wszystkim dzięki jednemu z najstarszych włoskich win - Nobile di Montepulciano, które produkuje się w okolicy. Mnóstwo tu wąskich, krętych uliczek, okazałych renesansowych pałaców i kościołów. Mój ulubiony to San Biagio, arcydzieło Antonia da Sangalla (starszego).
Zbudowany poza murami miasta, z trawertynu o złocistym odcieniu, w zestawieniu z ostrym błękitem nieba i ciemną zielenią otaczających go cyprysów wygląda piękne. W środku panuje przyjemny chłód i spokój, nie docierają tu tłumy turystów. A naprzeciwko kościoła jest słynna w całej Toskanii restauracja La Grotta, gdzie zazwyczaj zatrzymujemy się na obiad.
Przyjeżdżam tutaj dla moich ulubionych crostini toscani con salsa di Vin Santo, czyli grzanek z pasztetem ze smażonej z cebulą kurzej wątróbki z lekkim sosem Vin Santo. W sprawie crostini od lat toczy się walka między tymi, którzy twierdzą, że pasztet powinien być aksamitnogładki, i ich przeciwnikami (zaliczam się do tej grupy), uważającymi, że wątróbki wystarczy drobno posiekać. Grzanki przyrządzane przez miejscowego szefa kuchni są moim zdaniem idealne. Podobnie jak domowe makarony i pierożki, więc na danie główne zamawiam duże ravioli faszerowane ricottą z bazylią i suszonymi pomidorami.
Na noc zatrzymaliśmy się w hotelu Casa Bianca. To osiemnastowieczna willa z basenem (kąpiel w nim działa na mnie lepiej niż klimatyzacja), położona malowniczo wśród gajów oliwnych. Lekką kolację - sałata i wino, jemy na tarasie z pięknym widokiem na okolicę. Następnego dnia idziemy zwiedzać Monte Oliveto Maggiore - ogromne opactwo benedyktyńskie, wspominałam już o nim w opowieści o kuchni klasztornej. Pamięta Pani?
Chodziło m.in. o freski Luki Signorellego i Giovanniego Bazziego, zwanego "il Sodoma". Najbardziej podoba mi się ten, na którym mnisi siedzą przy ubogo zastawionym stole: trochę chleba, parę rybek i talerz zieleniny, ale za to jaka piękna karafa z czerwonym winem! Nic dziwnego, w końcu jesteśmy w regionie, gdzie powstaje jedno z najbardziej cenionych win włoskich, czyli Brunello di Montalcino. Rubinowe, wytrawne powstaje z winogron odmiany sangiovese. Ma smak, w którym wyczuwa się owoce, nuty korzenne i taninowe. Wszystkich w sam raz.
Do miasteczka Montalcino dotarliśmy z Kubą dopiero późnym popołudniem. Trochę pospacerowaliśmy, a potem szybko poszliśmy na kolację do restauracji Boccon di Vino. Sam widok z tarasu jest wart tego, żeby do niej wstąpić - wieczorne słońce oświetla najbliższe pagórki, a te dalej położone rozpływają się w fioletach i błękitach.
Siedzieliśmy w ciszy, sącząc bardzo dobre Rosso di Montalcino (równie harmonijne jak Brunello, ale z nieco intensywniejszym akcentem owocowym) i tylko od czasu do czasu mruczeliśmy z zadowolenia, gdy właściciel restauracji, Mario Fiorani (mediolańczyk!), przynosił nam kolejne dania.
Kuchnia? Toskańska, ale z niespodziankami! Jedna z nich to marynowane anchois w sosie pesto serwowane na grzance z masłem cytrusowym. Najpierw poczułam smak sosu, ale chwilę potem pojawiła się zaskakująco harmonijna kombinacja rybno-maślano-cytrusowa. Potem zdecydowałam się na zupę krem z ciecierzycy, ze świeżymi krewetkami lekko obsmażonymi na oliwie z rozmarynem. Napiszę tylko tyle: doskonała.
Mimo że było gorąco, mąż zamówił "pinci" zwane też "pici" - lokalny przysmak - makaron z wody i mąki kręcony między palcami w długie, nieraz trzymetrowe pasma, podawany z aromatyzowanym jałowcem sosem z dzika. Nie żałował wyboru, a ja trochę mu zazdrościłam. Dobrze wiedzieć, że tyle jest pięknych miejsc i znakomitych smaków. I tak naprawdę nie ma różnicy, gdzie się je odkrywa: na Mazowszu, w Toskanii czy w Syrii.
Pozdrawiam bardzo serdecznie,
Tessa
Artykuł pochodzi z kategorii: Tessa Capponi-Borawska
-
Wasze komentarze
Polecamy
-
Dziś w portalu:
-














Wasze komentarze