Rozkosze wakacji
Dla mnie piknik na plaży w Sylwestra to coś pięknego. Latem jednak wolę zejść ze słońca, żeby posilić się w spokoju. I w dobranym towarzystwie.
Kiedy mieszkałem w Berkeley, najpopularniejszą imprezą kulturalną lata był festiwal teatralny "Shakespeare in The Park". Profesjonalne zespoły aktorskie z różnych stron Ameryki wystawiały w pięknym parku na wzgórzach dramaty Szekspira. Sądzę jednak, że główną atrakcją nie były przedstawienia jako takie, tylko połączenie natury z kulturą, bardzo cenione przez mieszkańców Kalifornii.
Wybrałem się raz na "Hamleta" i było to bardzo dziwne przeżycie. Na polanie rozsiedli się widzowie - jedni na leżakach, inni na kocach - zaopatrzeni w wino i wiktuały. Kiedy rozpoczęła się sztuka, byli głęboko pogrążeni w konsumpcji. Aktorzy grają, a widzowie niby patrzą na scenę, ale ciągle coś przeżuwają albo połykają. Od czasu do czasu odzywają się świerszcze. A gdy Hamlet zaczyna swój najsłynniejszy monolog, kukułka dorzuca trzy grosze.
Chce mi się śmiać, ale publiczność zdaje się nie dostrzegać tych zakłóceń - może to właśnie przedstawienie zakłóca ich jedzenie i picie? O tym wtedy myślałem, zamiast skupić się na tragedii księcia Danii. Więcej na festiwal nie poszedłem, lecz rozmawiałem o nim ze znajomymi, którzy bardzo lubili taką formę pikniku. "Dlatego jest kapitalnie - mówili - bo nie musisz czekać na koniec przedstawienia, żeby zjeść i wypić. Można pomyśleć - alternatywa co się zowie. Ale to nie była żadna alternatywa, tylko logiczna kontynuacja amerykańskiego dążenia do nie przerwanej snem, a zakłócanej konsumpcji.
Przecież oni w niemal każdych okolicznościach coś piją oraz przegryzają. Na uniwersytecie nie do pomyślenia był wykład seminaryjny, po którym nie podawano by sera, krakersów i wina. Znałem biednych emigrantów z naszej części Europy, którzy żywili się, chodząc na wykłady i wernisaże - zresztą robili to również miejscowi. Niewątpliwie taka troska o to, żeby ani przez chwilę nikt nie poczuł pragnienia czy głodu, jest szlachetna i ma swoisty urok. Jednak w szerszym kontekście kulturowym, przy zastraszająco wysokim procencie ludzi otyłych, budzi niepokój.
Wspominam o tym, bo dużo czasu spędzam nad brzegiem morza, a właściwie - różnych mórz. Tu kultura raczej nie łączy się z naturą, gdyż natura panuje niepodzielnie, a przy tym fascynuje jeszcze bardziej niż szekspirowski teatr. I poza zupełnie wyjątkowymi sytuacjami niczego nie jem na plaży. Plaża, zwłaszcza pusta i piękna, nie jest właściwym miejscem na jedzenie czy picie - chyba że rozbiliśmy na niej obóz, nocujemy, palimy ognisko.
Zatłoczona i rozwrzeszczana, z której jak najszybciej chcę uciec, jest jednak ulubionym miejscem piknikowym rodzin zbyt rozleniwionych słońcem, żeby się z niej ruszyć i zjeść obiad w cieniu i względnym chłodzie. Zatem jedni zdają się na przypadek, kupując od wędrownych handlarzy wszystko, co tylko można, inni mają własny prowiant, lecz i jedni, i drudzy jedzą w upale i zgiełku, mając przy tym niemiłą świadomość, że w każdej chwili piasek spod psich łap czy dziecięcych stópek może zmienić kolbę kukurydzy w pumeks.
Oczywiście nadmorskie zagrożenia nie znikają, jak się zejdzie z plaży - właśnie siadłem do pizzy na tarasie znajdującym się od niej dość daleko, kiedy znikąd sfrunęła na stół mewa, porwała pizzę i odleciała, tak powoli, że aż szyderczo. Mimo wszystko zejście z plaży na posiłek to coś miłego, to przecież urozmaicenie, zmiana scenerii.
Piknik plażowy - jednak poza plażą - oto posiłek, który dziś chciałbym państwu zaproponować. Może to być coś zupełnie prostego, nawet minimalistycznego, na przykład kanapki z szynką i zielone pomidory, lub znacznie ambitniejszego, z kilkudaniowym jadłospisem. Najważniejsze, żeby jeść to, co późnym latem już czy też jeszcze oferuje nam przyroda.
Zielone pomidory nie cieszą się u nas wielką popularnością, być może z powodu swojej nazwy. Czy zielony pomidor może być smaczny, zwłaszcza w porównaniu z dojrzałym, soczystym, czerwoniutkim? Nazwa tego warzywa zniechęca, lecz jeśli zapomnimy o niej i pomyślimy, że to wcale nie pomidor, tylko osobliwa odmiana jabłka czy kalarepy, inaczej odczujemy jego smak. W stanie surowym ma bardzo wyraźną kwasowość, dlatego cienki plaster wystarczy na jedną kanapkę, zaś konfitura z zielonych pomidorów, którą przyrządza się jak każdą inną, zrównoważy kwas słodyczą.
W sierpniu mamy dostatek śliwek, pierwsze małe jabłka, winogrona i figi. Szczęśliwcy mają także do dyspozycji mirabelki i rajskie jabłuszka. Warto wszystkie te owoce wykorzystać w plażowym menu, w postaci pieczonej bądź surowej. Więcej uwagi należy poświęcić właśnie jabłkom, których w polskiej kuchni jest zdecydowanie mniej niż w naszych sadach.
Od paru lat widać tu i ówdzie próby wskrzeszenia produkcji cydru, czyli jabłecznika, miejmy nadzieję, że znajdą one niezbędne wsparcie rządu i inwestorów. Zaś na własną rękę możemy dodać jabłka do rozmaitych dań, w których do tej pory ich nie było, na przykład surowe do kremu z kalafiora albo pieczone na ruszcie razem z wieprzowiną lub w postaci carpaccio z oscypkiem. Gama smaków jabłek jest tak szeroka jak bodaj żadnego innego owocu - ambitny kucharz powinien to wykorzystać.
Do przedstawionych poniżej dań pasują lekkie wina białe, najlepiej wymieszane z wodą gazowaną - w upalne dni alkohol trzeba skrupulatnie ograniczać. Jeśli nie jest przesadnie gorąco, do deseru owocowego można podać słodki riesling lub gewürztraminer, ewentualnie słodkie wino czerwone, na przykład banyuls. Również w takich okolicznościach przyrody do szaszłyków wieprzowych polecałbym prostego białego burgunda, ewentualnie młode czerwone wino ze szczepu gamay - beaujolais czy passe-tout-grains. Jednak na pikniku plażowym, nawet poza plażą, największy nacisk kładłbym na napoje bezalkoholowe, koniecznie te bez cukru.













Wasze komentarze