Przejdź na stronę główną Interia.pl

Śledź to za mało

Prawie 10 lat temu wybrałem się do Amsterdamu w poszukiwaniu holenderskiego jedzenia. Znalazłem przede wszystkim śródziemnomorskie.

Reklama

Zeszłej jesieni podjąłem kolejną próbę. Delikatnie mówiąc porażka była nieco mniej spektakularna. Bo chociaż można powiedzieć, że  Holendrzy jeszcze nie odkryli swojej kulinarnej spuścizny tak jak niektórzy ich sąsiedzi, wydarzyło się sporo dobrego.

Z radością odkryłem na przykład komijnkaas - ser z kminkiem, który może nie jest hitem na miarę parmezanu, ale wciąż jest całkiem smaczny. Spodobało mi się puree z różnych gotowanych warzyw, to, że zaczęto używać masła zamiast oliwy i turbota zamiast tuńczyka. Kiedy byłem tu 10 lat temu, nie było tu wiele więcej ponad śledzia (niesamowicie dobrego, to był najlepszy pomysł na wydanie 2 euro) i biterballen (mięsnych krokietów). Tym razem znalazłem makrelę, musztardę, chrzan, sandacza, lubczyk, endywię i szeroki wybór roślin bulwiastych.

Nie można zapominać, że Holandia była miejscem międzynarodowego handle przez setki lat, a jej najważniejszym wkładem w światową kuchnię jest wprowadzenie indonezyjskiego jedzenia do Europy północnej.  (Całe pokolenie podróżujących smakoszy, w tym moja skromna osoba, jadło swoje pierwsze indyjskie dania w Londynie, wietnamskie w Paryżu, tureckie w Berlinie a indonezyjskie w Amsterdamie. Być może nieco to smutne, ale prawdziwe.) Więc pewien eklektyzm jest uzasadniony.

Jednak moim celem było znalezienie dowodów na istnienie holenderskiej kuchni i, po intensywnych poszukiwaniach i paru ucztach, znalazłem ją. Nic nie jest tu tak holenderskie, jak toskańska jest trattoria w Lucce, ale przynajmniej poniższe restauracje wiedzą, w jakim kraju funkcjonują.

As

Mimo to muszę się przyznać, że moją ulubioną restauracją tutaj jest holendersko-francusko-kalifornijska knajpka, z odrobiną włoszczyzny. Szef kuchni, Sander Overinder, uczył się w Chez Panisse, co staje się oczywiste, kiedy stanie przed tobą talerz z lokalną surową pancettą z pieczoną na wolnym ogniu endywią i jabłkowym octem. Fantastyczne jedzenie, tak jak sałatka z buraków z octem i serem goździkowym. Suszona wołowina to kolejna rzecz, której nie miałem dość. Jak i chleb wypiekany na miejscu.

Można tu też dostać pysznego kurczaka w towarzystwie ziemniaków puree z posiekaną surową endywią, boczkiem i cebulą. (W wielu klasycznych holenderskich daniach występują gniecione warzywa w niespotykanych połączeniach - dobre to.) Jest też świetnie upieczony sandacz, z liśćmi laurowymi wsadzonymi w skórę oraz kotleciki z dziczyzny na kostkach pasternaku, selera i marchewki w sosie z bulionu, masła, szałwii i jałowca.

Jedzenie jest międzynarodowe, ale jak z pewnością zauważyliście, ma w sobie holenderskie nuty i jest naprawdę smaczne. A to nie jest jeszcze najlepsze - nie są to nawet rozsądne ceny i ciekawy wybór win, z których wybraliśmy cudowne wytrawne Vouvray.

Najlepsze jest to, że As mieści się w byłym kościele, zbudowanym w latach 60. i sceneria jest niesamowita. Przy pięknej pogodzie, dużo dzieje się na zewnątrz, gdzie mieści się. Z daleka od centrum miasta (choć łatwo się tu dostać) jest tu wystarczająco dużo miejsca, by hodować trochę fauny i flory, łącznie z kurczakami. Stoliki, niektóre naprawdę duże, stoją w środku i na zewnątrz. A wszędzie jest bardzo przyjemnie i spokojnie. Budynek jest okrągły, betonowy z mnóstwem elementów szklanych i metalowych.

Restaurant As, Prinses Irenestraat 19; (31-20) 644-0100. Trzydaniowy posiłek dla dwóch osób kosztuje około 92 euro (bez napojów i napiwku).

Wilde zwijnen

Nie miałem pojęcia, kiedy jechałem (tramwajem, to najlepszy, po rowerze, sposób poruszania się po mieście) do tego miłego sąsiedztwa we wschodniej części miasta, że wyląduję w... Brooklynie. Oczywiście nie dosłownie, ale w miejscu hałaśliwym, modnym, oddalonym od centrum, z obitymi meblami, minimalnym wystrojem, rozsądnymi cenami, otwartą kuchnią, świetnym jedzeniem, kolczykami, tatuażami i różnego typu ludźmi wchodzącymi i wychodzącymi.

Jak w wielu przyjemnych miejscach w Brooklynie, kładzie się tu nacisk na użycie lokalnych składników, kiedy tylko to możliwe, łącznie z mięsem dzika (to właśnie znaczy nazwa lokalu). Nawet najlepsze składniki na nic się zdadzą, jeśli brakuje umiejętności. Na szczęście załoga tej restauracji zna swój fach. Jedliśmy lokalne kiełbaski z soczewicą, przyprawione kminem i estragonem - dziwne połączenie, ale smakowało - oraz pierożki ravioli z boćwiną i maślanym sosem z sera podobnego do parmezanu. (wszystkie sery są stąd, a próbowanie ich jest przyjemnością).

Potem dostaliśmy kawałek turbot w sosie z masła, wywaru rybnego z selerem i langustynkami, bardzo smaczne, choć może nieco mdłe, oraz kotleciki jagnięce (tak, drugi raz w tym samym tygodniu) ze świeżymi borowikami, oraz chipsami z wędzonych ziemniaków i pasternaku.

Wilde Zwijnen, Javaplein 23; (31-20) 463-3043; wildezwijnen.com. Trzydaniowy posiłek dla dwóch osób to koszt około 70 euro.

Dowiedz się więcej na temat: Amsterdam | restauracja | Michelin

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje