Przejdź na stronę główną Interia.pl

Przepis na życie

Można piec chleb. Albo testować kuchnię molekularną. Szkolić się na kursach lub rywalizować w konkursach. Dziś gotowanie to nie obowiązek. To moda. Polki kochają jeść, jeszcze bardziej karmić. Na nowo odkrywamy stare przepisy albo eksperymentujemy z nowymi. Wolimy domową kolację z bliskimi niż wyjście do restauracji. - W gotowaniu, bardziej nawet niż w jedzeniu, chodzi o przyjaźń. Miłość. Sztukę. To jedyna przyjemność, która można mieć kilka razy dziennie - twierdzą Małgosia, Ola, Grażyna i Eliza. Małgorzata Przedrzymirska - kiedyś dziennikarka i fotoreporterka, po trzydziestce otworzyła firmę PR. Gdy sukces gonił sukces, zdecydowała się zacząć życie od nowa. W kuchni. 19 maja 2010. Finał konkursu "Gotuj o wszystko" w TVN. Moment przed werdyktem: "Jeśli chcecie, żeby wygrała Małgosia Przedrzymirska, wysyłajcie SMS-y na numer...". - Zostałam pierwszą wicemiss - uśmiecha się 41-letnia warszawianka. W programie, gdzie szukano osobowości kulinarnej, przegrała z krakowianką Anną Starmach. To ona w nagrodę poprowadzi show w telewizji. - I tak odniosłam sukces, bo pokonałam 899 konkurentek, które marzyły, by stać się polską Nigellą Lawson - wyznaje Gosia. - Ja nie marzyłam. Przyszłam zmierzyć się z przekonaniem, że w kuchni jestem niezła. Teraz myślę: "Jestem bezkonkurencyjna!".

Czego pragnę?

Rok temu. Czterdzieste urodziny. Gosia wraca ze służbowego spotkania. Gładko zaczesane włosy, jedwabny garnitur - w pracy nie chodzi w spódnicach. Wskakuje we wzorzystą sukienkę z Indii. Otwiera wino, podsmaża czosnek do spaghetti. Oliwa pryska, rozsypują się zioła. Musi odreagować. Dzień spędziła w gabinecie prezesa pewnej instytucji finansowej. Na rynku znana jest jako osoba od "gaszenia pożarów". Fachowo nazywa się to: zarządzanie kryzysami.

Reklama

Gdy Gosia miesza makaron, komórka dzwoni natrętnie. - Trzynaście telefonów, oczywiście służbowych. "Cholera!" Wrzuca z furią durszlak do zlewu. Odbiera, choć tego dnia czuje, że ma dość. Nie chce być bezdzietną pracoholiczką, jakich wiele w jej branży. Przecież obiecała sobie: "Kierat do czterdziestki, potem zajmuję się sobą".

Robi bilans: 20 lat pracy. Jako dziennikarka podróżowała po świecie. Jako strateg finansowy uratowała parę firm. Zajmując się PR, pisała teksty dla polityków. Ma publikacje, trofea, znajomości... I nie jest do końca szczęśliwa. Paweł, jej mężczyzna, przy kolacji namawia: "Daj sobie spokój z tym «piarem». Przecież ty najchętniej nie wychodziłabyś z kuchni... ".

W ramach prezentu funduje kurs kulinarny dla profesjonalistów w Akademii Kurta Schellera. Jest taka scena w filmie "Julie i Julia". Meryl Streep jako słynna kucharka Julia Child na kursie gotowania w Paryżu. Wokół szefowie restauracji. Mężczyźni. Ona, bez kompleksów, zabiera się do pierwszego zadania.

- Deja vu - opowiada Małgosia. - Czułam się tak samo, ale szybko się przekonałam: nie mam się czego wstydzić. Intuicja pomogła dorównać zawodowcom. W czarnym zeszycie Gosia notuje: "Jak kroić marchewkę w stylu julien lub vichy? Czy smażyć rybę skórę do dołu? Jak humanitarnie zabić homara?".

Paweł i przyjaciele namawiają na kolejne wyzwanie: "W telewizji organizują konkurs, szukają polskiej Nigelli. Zgłoś się. - Zwariowaliście?" - Gosia nie wierzy w siebie. - Maila ze zgłoszeniem na casting wysłałam po wypiciu pół butelki wina, musiałam dodać sobie odwagi - opowiada. Kilka tygodni później na castingu robi zwyczajny makaron z oliwą. Mały trik: dodaje trufli. Jury wzdycha: "Genialny pomysł! Przechodzi pani dalej".

Po siedmiu tygodniach Gosia dociera do finału. Bilans? Dodatkowe kilogramy, każdą potrawę przygotowaną na ekranie testuje w domu. - Jadłam kilkanaście razy dziennie. Poświęcenie w imię konkurencji - śmieje się. - Nie wygrałam. Ale wyszłam z przekonaniem "mogę wszystko".

Przepis? Nie mam!

Czerwcowy wieczór. Na tarasie u Małgosi kolacja dla przyjaciół. "Zamknijcie oczy i zgadujcie". Podaje przystawki. Jak w teatrze. Cichnie śmiech. "Dziwne sushi?" Nie. To ceviche owinięte w cienkie plastry awokado. Rulonik wygląda jak japońskie maki. Plus mus imbirowo-cytrynowy. Przy daniu głównym triumfuje, słysząc: "Niesamowite tagliatelle!". Tylko ona wie, że to galaretka z pomidorów i serka mascarpone. - Wylałam ją na blachę, gdy zastygła, pokroiłam we wstążki - opowiada. - To moja wersja kuchni molekularnej. Uwielbiam ją, bo oszukuje zmysły - mówi. - Ale to dobre raz na jakiś czas. Nie wyobrażam sobie życia bez klasycznych smaków: czosnek, kawałek chleba, zrazy wołowe, gęś z modrą kapustą...

Na deser serwuje już klasykę. Lody z pokruszoną chałwą. Małgosia: - Na podłodze brudne serwetki, plamy na obrusie i przekrzykujący się goście - wtedy czuję, że kocham gotować. Ale każda kolacja to improwizacja. Gdy ktoś prosi: "Daj mi przepis", odpowiadam: "Nie mam. Ale przyjadę do ciebie i razem zrobimy to danie. Albo coś podobnego".

Dzięki Gośce ludzie wokół zaczęli gotować. Przyjaciółka jeszcze rok temu kupowała zupy w kartonie i mrożone lazanie. Teraz co weekend dzwoni: "Kupiłam kaczkę. Mam wiejską kaszankę. Wpadasz?". I Gosia wsiada na rower retro, do koszyka wrzuca niezbędnik z przyprawami, z piwniczki wyciąga ulubione amarone.

Nie do końca żartuje, kiedy mówi, że dzieli świat na gotujących i niegotujących. Tym, którzy nie przywiązują wagi do jedzenia, nie ufa. Na szczęście tych drugich łatwo rozpoznać - ich kuchnie są klinicznie czyste, nie noszą śladów walki, choćby z kipiącym makaronem. - Gotować może każdy, ale z sercem robią to nieliczni - tłumaczy Małgosia. - A szkoda! Bo cenić rzeczy błahe to naprawdę sztuka. Tego uczyli mnie rodzice i ukochany dziadek Arkadiusz. Wcześnie owdowiał, z przymusu stał się kucharzem. Nie zapomnę smaku kandyzowanych jagód, które w trzylitrowym słoju zawsze stały na parapecie. Albo wspólnego smażenia pączków.

- Po dziadku w kredensie mam kryształowe kieliszki. Dziadek odwracał je do góry nogami, wstawiał do wrzącej wody i na nóżkach rozkładał plastry surowego boczku, które dochodziły na parze - wspomina. - Na pajdzie żytniego chleba to było moje niebo w gębie. Inne? Puszysty tort truskawkowy przyszywanej babci Zofii. Gotowała z finezją nawet dla swojego ratlerka. W moim domu też jadało się ciekawie. Tata, do którego zwracałam się "proszę papy", podróżnik i poliglota, uczył mnie przy stole nazw potraw w różnych językach. Dzięki niemu zrozumiałam, że nie poznam świata lepiej niż przez wspólne jedzenie. Gdziekolwiek.

Szpilki i świńska noga

Kilkanaście lat temu. Gosia z kilkoma aparatami jeździ po Europie, pisze reportaże dla pism podróżniczych. W każdym nowym miejscu wprasza się do ludzi. - To, co wrzucają do garnka, gdzie i jak jedzą, mówi o kraju, kulturze więcej niż przewodnik - tłumaczy. Nie zawsze chodzi o smaki, ale o ceremonię. To, że jedzenie i gotowanie jest sztuką współżycia, Gosia odkrywała daleko od Polski.

Rok 1994. Kopenhaga. Wizyta u znajomej malarki, która co rano spotyka się z przyjaciółmi w małym bistro. Właściciel wie, jaką kto lubi kawę, każdy ma stałe miejsce i swoją gazetę. - Wtedy uświadomiłam sobie, że w jedzeniu ważniejsze jest, z kim, a nie co.

Kolejne olśnienie. Rok 1995. Wycieczka dla dziennikarzy po Rosji. Podróż autokarem. I obowiązkowe przerwy. - Kierowca na trawie rozkładał 12-metrowy obrus. Kroił słoninę, ser, szynkę, pajdy ciemnego chleba, wyjmował bliny, pierożki. Napełniał kieliszki wódką. Proste potrawy i pełna celebra zachwycały - opowiada Gosia. - Do dziś z każdej podróży przywożę jedzenie, alkohol. Ostatnio w walizce, obok upolowanych na wyprzedaży w Hiszpanii szpilek, do Warszawy leciała cała świńska noga, a konkretnie jej ceniona iberyjska odmiana.

Chętnie wraca do Berlina. Niedawno najwięcej czasu spędziła tam z ukochanym na targu z warzywami, rybami i chlebem. Siedziała na betonowym murku i z zachwytem patrzyła, jak w drewnianej budce ludzie kupują zestaw za trzy euro: kieliszek dom perignon i dwie ostrygi. - To jest dla mnie odnalezienie pasji i frajdy w codzienności. Może ukradnę ten pomysł? - śmieje się. - Pod Halą Mirowską w Warszawie, gdzieś między straganem z kapustą a beczkami z ogórkami kiszonymi co sobota będę serwować szampana i ostrygi?

Reklama

Najlepsze tematy

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje