Szefowe na Manhattanie
Kobieta uznanym szefem kuchni? Jeszcze do niedawna Ameryka nie słyszała o takim zjawisku. Ale kilka kobiet z ambicjami założyło lokale w Nowym Jorku. Zaryzykowały i... wygrały. Ich restauracje to dziś miejsca, o których mówi się już "kultowe". Wystarczyło kilka lat, by wzbudzić zainteresowanie recenzentów, zdobyć uznanie i pierwsze kulinarne wyróżnienia.
W USA 44-letnia Anita Lo jest już gwiazdą. W 2001 roku magazyn "Food&Wine" uznał ją za "najlepiej rokującego szefa kuchni Ameryki". Potem zaczęła się pojawiać w telewizyjnych programach kulinarnych (m.in. "Iron Chef America" i "Top Chef Masters"). Jej restauracja Annisa (13 Barrow Street) znalazła się niedawno na liście 50 najlepszych restauracji świata (w rankingu kulinarnym przewodnika "Zagat"). A sama Anita trafiła już na listę stu najbardziej wpływowych bizneswoman Nowego Jorku.
Mimo to, tak jak wtedy, gdy nikt o niej nie słyszał, każdego dnia przyjeżdża na targ warzywny zdezelowanym rowerem, w szortach i pstrokatym podkoszulku. Przebiera w pęczkach kopru włoskiego, bazylii, tymianku. Potem zagląda na stragan z rabarbarem i sałatą. Zakupy wkłada do wielkiego kosza przy kierownicy i wiezie wszystko do swojej restauracji.
Wirtuoz fusion
"Sukces niewiele zmienił w moim życiu - przekonuje. - Od lat robię to samo: całe dnie spędzam przy garach. I dobrze, bo to lubię najbardziej". Choć na stolik w jej restauracji Annisa czeka się około miesiąca, ona sama powtarza, że "jest warta tyle, ile ostatnie danie, którego recepturę wymyśliła".
Specjalizuje się w melanżach tradycyjnej kuchni zachodniej z azjatycką. Jej znakiem rozpoznawczym są subtelne smaki i wyrafinowanie. Zdaniem nowojorskich smakoszy pierożki i foie gras z Annisy nie mają sobie równych. "Lo jest wirtuozem", to najczęściej powtarzany komplement pod jej adresem.
Mało kto wie, że jest również twardą kobietą. Trzy lata temu w jej restauracji wybuchł pożar. Spłonęło wszystko. - Gdy stałam na zgliszczach, przez głowę przebiegła mi myśl, że to koniec - wspomina Anita. - Powiedziałam sobie wtedy: ta knajpa była moim marzeniem, a to marzenie przecież nie spłonęło. Skoro raz odniosłam sukces, postawię Annisę na nogi po raz drugi.
Żeby nabrać dystansu do życiowej katastrofy, wyjechała na kilka tygodni do Mongolii. Łowiła tam ryby w strumieniach, spała w namiocie, bo "proste życie dodaje sił". Jej restauracja na dziewięć miesięcy zniknęła z mapy miasta. W końcu Lo postanowiła zacząć po raz drugi. Problemy finansowe, z jakimi zaczynał się wówczas borykać świat, jej nie zniechęciły. W remont zainwestowała oszczędności życia.
Zaczęła od tego, że wynajęła specjalistkę od feng shui "żeby już żadne nieszczęście nie dotknęło tego miejsca". Za jej radą nad wejściem do Annisy wisi teraz duże lustro. - Przyciąga dobrą energię - tłumaczy Anita. Podobnie jak naczynia z wodą ustawione w kilku kątach sali oraz pochowane w sekretnych miejscach chińskie monety - "na szczęście". Wystrój jest bardziej wytworny i orientalny niż przed pożarem. Zmieniło się wszystko poza menu: kurczak w sherry, białe trufle z wieprzowymi nóżkami, jagnięcina po afrykańsku, kałamarnica w sosie bazyliowym i orzechach...
Okazało się, że pamięć o tych daniach przetrwała, i gdy Annisa znów zaczęła działać, dawni klienci powrócili. Jedno danie kosztuje tu około 35 dolarów. Za posiłek z zupą, deserem i kieliszkiem wina trzeba zapłacić dwa razy tyle. Dla amatorów dobrej kuchni to niewiele. Nic dziwnego, że bez rezerwacji na stolik nie ma szansy.
W telewizyjnych programach kulinarnych o Annisie mówi się bez przerwy. Ale Lo, w przeciwieństwie do innych szefów celebrytów, nie wita znanych gości, choć dla wielu spotkanie z nią byłoby towarzyską atrakcją. - Mam swoje zasady - mówi. - Nigdy nie przechadzam się po sali i nie dosiadam do stolików. To nie w moim stylu. Moje miejsce jest w kuchni.
Kto sądzi, że Anita to zakompleksiona kucharka, jest w błędzie. Jest światową, pewną siebie kobietą. Dużo podróżowała - najpierw jako nastolatka z rodzicami (pochodzi z chińsko-amerykańskiej rodziny), potem sama. Na początku lat 90. wyjechała do Francji. Studiowała tam literaturę francuską, a potem... kuchnię. Z wyróżnieniem skończyła Ritz Escoffier, prestiżową szkołę dla kucharzy. Przez kilka lat pracowała w świetnych paryskich restauracjach: Bouley i Chanterelle.
- Nauczyli mnie tam porządnie trzymać nóż. Nie powiem, że nauka była bezstresowa... - wspomina ze śmiechem. - Po nocach śniło mi się krojenie, siekanie, obieranie. Zrobili ze mnie porządnego szefa kuchni, ale nie kucharkę. Prawie nigdy nie gotuję niczego w domu tylko dla siebie. Gdy ostatni raz próbowałam coś upichcić, uruchomiłam alarm przeciwpożarowy. Zapomniałam, że domowy piekarnik nastawia się na inną temperaturę niż piec w restauracji.
W przypadku Lo nie ma to znaczenia, bo jej prawdziwy dom to Annisa. Przychodzi tu wcześnie rano, wychodzi w środku nocy. A restauracja działa siedem dni w tygodniu.
Artykuł pochodzi z kategorii: Mistrzyni kuchni
-
Wasze komentarze
Polecamy
-
Dziś w portalu:
-
-
bo czegoś ostatnio czasu brak nie wiem doprawdy,... więcej














Wasze komentarze