Przepis na życie
Aleksandra Młynarska - bizneswoman. „Świr kulinarny”, jak mówi o sobie. O jedzeniu myśli non stop. Gotowanie to dla niej pasja. I przede wszystkim gest miłości.
Spiżarnia pęka w szwach. Miód z truflami. Pasta z tamaryndowca. Własne konfitury z pigwy i imbiru z naklejką: Zimowe klimaty do herbaty. Słoiki z duszonymi w tymianku prawdziwkami, nalewka z czarnego bzu. Żeliwne imbryki do herbaty, niepotrzebne gadżety – jak łyżka z wbudowaną elektroniczną wagą. Kącik z winami. I najzwyklejszy ocet spirytusowy. – Nie ma lepszego do nóżek na zimno – mówi Ola. Szczupła 40-latka zjada na stojąco kanapkę z pastą z cheddara, często używa jej zamiast masła. Na blacie w kuchni kipisz. Niedomknięty słoik z grillowaną papryką w oliwie. Domowe pesto – obowiązkowa pozycja w menu Oli. Obok białego sera „od baby” z targu, pomidorów, kompotu – bo tu nigdy nie pija się soków z kartonu, i masła orzechowego. – Wyjadam je łyżkami wprost ze słoika, zagryzając bananem – mówi Ola. – Błyskawicznie poprawia humor.
Nadwrażliwe kubki
– Mam „korbę” na jedzenie – przyznaje. To chyba nadwrażliwość kubków smakowych. Wciąż chce mi się czegoś niezwykłego, smakowitego – oblizuje usta. – Unikam powszechnej konfekcji, oczywistej bułki z żółtym serem. Choć mój narzeczony uwielbia także taki zestaw, zwłaszcza z musztardą.
Ola, na co dzień dyrektor międzynarodowej firmy odzieżowej. Fanka urządzania wnętrz. Od niedawna wielbicielka opery. Niebawem, po 15 latach związku, wychodzi za mąż. Michał to pierwszy krytyk i wielbiciel jej kuchni. Kiedy mówi: „Nie waż się nikomu dać nawet kawałka”, wie, że danie nie wyszło.
Gotuje bo: kocha jeść. I jeszcze bardziej karmić. Przyznaje otwarcie: – Może to banał, ale gotowanie to dzielenie się miłością. Na hasło „Wpadajcie do cioci na imieniny” znajomi stawiają się w nadkomplecie. Bilet wstępu: butelka dobrego alkoholu. Resztą zajmuje się Ola. Pikantna, tajska zupa z krewetkami. Albo sałatka jarzynowa, bigos. I śledzie. Czasem eksperymenty, np. rukola z kurkami od pani Haliny albo sprawdzone hity jak figi z kozim serem i miodowym sosem.
– Nawet kiełbasa z grilla może być ciekawie odmieniona, jeśli zostanie posypana ziołami, natarta czosnkiem, podana z jakimś fajnym sosem – mówi Ola. – Jak wybieram menu? Wzrokiem. Oglądam zdjęcia potraw albo w drodze do domu wpadam na bazar. Patrzę na bób i myślę: „zrobię moją wersję humusu”. Widzę rabarbar i od razu kojarzę go pod skorupką ze zwykłego kogla-mogla. Czuję na podniebieniu ten smak. Mam niemal gęsią skórkę z podniecenia, gdy wjeżdżam windą do domu z siatkami pełnymi zapachów.
Jestem nieuleczalną kuchnioholiczką. To nie moda. To stan ducha. Sposób na życie. Rano budzę się z myślą: co dziś ugotuję. Przy łóżku Oli trzy olbrzymie sterty pism kulinarnych. I kryminały. – Czytuję jedno albo drugie – śmieje się. – Taka nagroda na koniec dnia. Choćby kilka kartek o pasztetach z warzyw albo cytrynowych naleśnikach i makowych lodach. Ulubiony tytuł – „Food and Travel”, często wracam do starych numerów. Do tego maniacko czytam książki kulinarne. I nigdy nie gotuję według tych przepisów. Sama dla siebie jestem biblią – ironizuje.
W lodówce zawsze ma danie „na kilka dni”. Pierwszego jest rosół z wiejskiej kury. Następnego z bulionu powstaje zupa dyniowo-kolendrowa. A z mięsa, marokański tagine z bakłażanem. – Nie mogę mieć pustej lodówki – opowiada Ola. – Brak kulinarnej wizji na wieczór sprawia, że chodzę podminowana. Michał pyta wtedy: „Chcesz jechać na zakupy?”.
Wie, że unikam supermarketów, gdzie w trupim świetle, przy ogłuszającej muzyce ludzie wrzucają do koszyka cokolwiek. Choć oczywiście z wygody robię tam czasem zakupy. Dla przyjemności bywam na bazarku pod Halą Mirowską. Znam tam sprzedawców, mam ulubione produkty. Wędzoną w dymie polędwiczkę potrafię zjeść w drodze powrotnej do domu.
Jedzenie wyznacza czasem plany Oli. „Wpadniecie na weekend na Mazury?”, zapraszają znajomi. Nadkładamy nawet sto kilometrów, bo wiem, że w tamtej okolicy dostanę boski kozi ser – mówi. – Gdy jedziemy na południe, pod Częstochową wpadamy po świeżo uwędzone – jeszcze ciepłe! – pstrągi.
– Totalnie popieram ideologię ruchu Slow Food. Walczą o prawo do wyboru między tanimi produktami masowymi a regionalnym wyrobami wytwarzanymi na niewielką skalę z dbałością o jakość, tradycję. Uzależniłam się od prawdziwego wiejskiego sera ze sklepu na pobliskim ryneczku. Trochę droższy, ale za to gęsty, tłusty, kaloryczny. A kalorie to smak, jak mawia moja znajoma. Jajka „zerówki” z ekologicznego chowu od kur, które widzą słońce, są trochę droższe, ale za dodatkowe cztery złote mamy wspaniały smak i zapewniamy jakiejś kurze przyzwoite życie. Marzy mi się slowfoodowa wyprawa do Toskanii lub Portugalii.
Miniekstazy
– Dwa razy leniwe. Kompot i ozorek w sosie chrzanowym – Ola zawsze zamawia to samo. W barze mlecznym Bambino w centrum Warszawy lubi menu i atmosferę. Wokół studenci, urzędnicy z pobliskiego ministerstwa, emeryci i zagraniczni turyści.
– Barowe naleśniki, buraczki na smalcu albo kasza gryczana z zsiadłym mlekiem to smaki nie do podrobienia – zarzeka się. Raz w roku jedzie na kulinarną orgię za granicę. – Najchętniej wybieram miasto według klucza: jedzenie i opera. Skoro planuję finansowe szaleństwo, najpierw czytam w internecie opinie innych podróżników. Szukam knajp wartych grzechu. Robię listę tych polecanych, wczytuję się w każdą opinię, by drogą eliminacji wybrać. I nie żałować.
Tak niedawno w Weronie trafiliśmy z Michałem do boskiej winiarni serwującej wspaniałe lokalne wino i jedzenie. W takich miejscach zamawiam to samo – proszę menu degustacyjne. Nigdy nie wiem, na co się zdecydować. Szef dobrej restauracji przygotowuje małe porcje popisowych dań. Z każdej podróży „na pamiątkę” przywożę lokalne pyszności, które najczęściej stanowią 75 proc. mojego bagażu.
Londyn. Rok 1989. W luksusowym hotelu Ola jest pokojówką. W weekendy zwiedza Tate Gallery i dział delikatesów w Harrodsie. Ogląda słoiczki z „diamentową solą z płatkami bergamotki”. Wącha trufle. Odkrywa konfiturę z moreli i szampana. To czas „lizania” przez szybę. Mieszka w wynajętym pokoju. Odmawia, gdy współlokatorzy proponują kanapkę z watowatego pieczywa tostowego. Ona jeździ do polskiej dzielnicy po razowiec.
Obsługuje piętro VIP-ów w hotelu. Podgląda dania schowane pod srebrną przykrywką. Awokado z parmezanem i anchois. Truskawki w białej czekoladzie. Dziś banał, wtedy szczyt luksusu. No i curry. Tajskie, hinduskie. Wracając do Polski, Ola przywiezie mnóstwo przypraw i ciekawostek kulinarnych. Zacznie się okres buntu.
– W dzieciństwie byłam niejadkiem – opowiada. – Godzinami męczyłam kanapkę z żółtym serem. Chyba zaczęłam gotować w kontrze do tamtej polskiej bylejakości. Minęła komuna, ale menu pozostało to samo. A na talerzach papa. Rozgotowany kalafior, ziemniaki, makarony. Mięso, surówka i ziemniaki.
Ola pamięta pierwsze produkty z kategorii „kuchnie świata”, które pojawiły się na rynku. Drogie, ale chce się spróbować. Zamiast kilograma mielonki wybiera: dziesięć deka goudy z Holandii, surową polędwicę, słoik miodu z Gruzji. Nie zapomni smaku suszonych pomidorów. Kiedy znajomi na wagary chodzili do DKF-u, ona eksperymentowała w kuchni. Wiedziała: jedzenie ma znaczenie.
Nawet na imprezach w czasie studiów kombinuje. Żeby lepiej smakowało tanie wino Sophia, dolewa pepsi. Drink nie tylko dla dziewczyn. Zawsze podaje kanapki na krakersach, kolorowe kulki z sera. A na deser „karpatka” – co prawda z torebki, ale z oryginalnie przerobionym kremem.
– Dziś gotowanie to dla mnie obietnica przyjemności – Ola otwiera słoik z pesto z kolendry, sera pecorino i nerkowców, w którym zanurza rozmarynowe chrupki. Po kilka razy czyta swoje ulubione felietony kulinarne. Z dystansem podchodzi do gwiazd. Nigella Lawson, Jamie Oliver, Gordon Ramsay to z pewnością przyzwoici kucharze z telewizyjną osobowością. Uległa tylko czarowi Tessy Capponi-Borawskiej.
Ola: – Zazdroszczę jej wiedzy o kuchni i smakach. Chciałabym ją kiedyś poznać i zwyczajnie zapytać, dlaczego kocha gotować? Ale znając siebie, odpowiedziałabym zniecierpliwiona za nią: tu nie chodzi o modę. Gotowanie i jedzenie jest fajne. Bo to chyba jedyna tak wielka przyjemność, którą mogę
Artykuł pochodzi z kategorii: Mistrzyni kuchni
-
Wasze komentarze
Polecamy
-
Dziś w portalu:
-















Wasze komentarze (31)
JA MAM TROJE DZIECI I GOTOWANIE TO MOJA PASJA MOZNA WSZYSTKO ZROBIC PRZY DZIECIACH WYSTARCZY CHCIEC!
Albo podrywaja na....slyszalem, ze robisz dobra pomidorowa......autentyczny przypadek, masakra, strach z polka sie wiazac