Przejdź na stronę główną Interia.pl

Ryzykantka

Zniknęła u szczytu popularności. Związała się z dużo starszym mężczyzną. Wydała kameralną płytę, gdy wszyscy spodziewali się popowych przebojów. Często podejmuje zaskakujące decyzje. W miłości i w pracy. Kim dziś jest Anita Lipnicka? Zakochaną kobietą skłonną do zdrady. Matką, której czasem brak sił na macierzyństwo. I artystką, która chce iść pod prąd. Dopiero teraz jestem gotowa na prawdziwy debiut, mówi o nowej płycie i o sobie.

Solo czy w duecie?

Reklama

Teraz solo. Zdecydowaliśmy się z Johnem na zawodowe rozstanie, bo dotychczasowa formuła symbiotycznego związku – razem w życiu i na scenie – wyczerpała się wraz z przyjściem na świat naszej córki Poli. Nie da się już, jak dawniej, znikać z domu we dwoje jednocześnie, to byłoby dla niej krzywdzące. Pamiętam pierwszy koncert po jej narodzinach – śpiewałam jak automat, w głowie miałam tylko jedno: „Co ona teraz robi? Czy nie płacze? Jak radzi sobie z naszą nieobecnością?”. Żeby uniknąć podobnych sytuacji, podzieliliśmy się odpowiedzialnością za Polę. Teraz, gdy jedno skupia się na pracy, drugie zajmuje się dzieckiem. Czasem razem koncertujemy, ale nie nagrywamy już wspólnych płyt. Tak wyszło, że ja pierwsza byłam gotowa do nagrania płyty. Obowiązki domowe przejął więc na ten czas John.

Przeczytaj dziennik Anity Lipnickiej!

Z prądem czy pod prąd?

Ludzie w firmie fonograficznej mieli zdziwione miny, gdy położyłam na stole mój Hard Land of Wonder (tytuł najnowszej płyty Anity Lipnickiej – red.). Czułam, jak atmosfera w pokoju gęstnieje. Oczekiwania były całkiem inne. Po ośmiu latach wyłącznej współpracy z Johnem spodziewano się, że wrócę na rynek z popowym materiałem w języku polskim. Tymczasem pojawiłam się z wyciszonym, akustycznym albumem zaśpiewanym w całości po angielsku. Usłyszałam pytania w stylu „I co teraz? Do kogo zamierzasz trafić z tą muzyką?”. Wiem, że mogłam postawić na „pewniaków”, zadzwonić do Roberta Jansona, wziąć gotowe przepisy na przeboje i zrobić „wielki powrót” w starym stylu. Nagrałam album, nie oglądając się na trendy i oczekiwania innych. Wyprodukowałam płytę za własne pieniądze. Cieszę się, że nie poszłam na skróty. Wierzę, że tylko trudne ścieżki prowadzą do ciekawych miejsc. W lutym i marcu ruszam w trasę koncertową.

Ryzyko kontra bezpieczeństwo...

Mam za sobą kilka ryzykownych decyzji. Odejście z zespołu u szczytu popularności Varius Manx. Ludzie pukali się w głowę: „Co ona robi?”. Potem duet z Johnem. „Popowa gwiazdka nawiązuje romans z zapomnianą legendą rocka?! Nic z tego nie będzie!”, komentowano nasz związek i kwestionowano sens współpracy. Tymczasem wydaliśmy wspólnie trzy płyty i stworzyliśmy całkiem nową jakość na polskiej scenie muzycznej. Dziś jestem dumna, że zmusiłam mojego ówczesnego agenta, Wiktora Kubiaka, by posłuchał naszego demo, nikt inny nie chciał „tracić czasu”. Pamiętam, że gdy w odtwarzaczu wybrzmiała ostatnia piosenka, powiedział tylko: „Przyjeżdżajcie szybko do Londynu. Nagrywamy tę płytę!”.

Miłość czy muzyka?

W przeszłości zdarzało mi się wycofywać z życia artystycznego dla mężczyzn. W 2000 roku wróciłam z Londynu, bo mój ówczesny narzeczony „źle znosił rozłąkę”. A był to moment, że mogłam tam zostać i zawalczyć o coś więcej. Zrezygnowałam jednak z siebie, wróciłam do domu i zajęłam się gotowaniem, sprzątaniem. Wtedy wydawało mi się, że takie poświęcenie ma sens – wszystko, byleby usłyszeć od drugiej osoby „kocham cię”. Ale w ciągu pięciu lat związku nie usłyszałam. Rozstanie było trudne, trafiłam na terapię. Przestałam wierzyć w siebie, długo walczyłam z lękiem: „Chyba już nigdy nie stanę na scenie, nic nie jestem warta”. Moi partnerzy zazwyczaj podcinali mi skrzydła. John przypomniał mi, że je mam, i zachęcił do wysokich lotów.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje