Przejdź na stronę główną Interia.pl

Nic na siłę

Lubi, jak dzieje się coś ekstremalnego. W kinie, bo w życiu dojrzała do stabilizacji. Iza Kuna spodziewa się drugiego dziecka i ze spokojem traktuje swoją rosnącą popularność.

Z taką jasną cerą może chodzić bez makijażu bezkarnie. Na głowie wełniana czapa, na nogach płaskie buty. W torebce wielki kalendarz, w którym każdy dzień ma szczegółowo rozpisany. Dziś poniedziałek. Rano kilka spotkań, potem zakupy na obiad. Po południu dzień otwarty w gimnazjum, do którego wybiera się jej 13-letnia córka Nadia. Wieczór w domu. - Żyję zwyczajnie - mówi aktorka. - Jeżdżę metrem, obieram ziemniaki, dźwigam siaty. Jak wszyscy. Kiedy popularność przychodzi późno, trudniej o zawrót głowy, przekonanie, że jest się nie do zastąpienia. Iza Kuna gra w filmach Andrzeja Saramonowicza i Tomasza Koneckiego, które gromadzą rekordową widownię, codziennie miliony oglądają ją w telewizyjnym hicie "Barwy szczęścia". - To praca, nie kariera - tłumaczy aktorka. - Mam 39 lat, za sobą sporo porażek. Latami czułam się, jakbym pchała czołg pod górę, a on ani drgnie. Ale nie lubię się nad sobą rozczulać. Kobiety w naszym kraju uczy się, że muszą zacisnąć zęby i pokornie udźwignąć wszystko, co zgotuje im los. Niewiernego męża, trudną teściową, wychowanie dzieci, pracę i obowiązki domowe. Ja też cierpiałam na syndrom perfekcjonistki. A w chwilach kryzysu myślałam, że to ze mną jest coś nie tak.

Reklama

Pani od PR-u mówi "dość"

- Na studiach aktorskich w Łodzi była najzdolniejsza na roku - wspomina Renata Dancewicz, jej najbliższa przyjaciółka. - Miała w sobie coś takiego, że chciało się na nią patrzeć, jej słuchać. Byłam przekonana, że czeka ją wspaniała przyszłość w zawodzie. Sukces nie przyszedł od razu, ale nigdy w nią nie zwątpiłam.

- W szkole czułam się doceniana - opowiada Iza Kuna. - Na czwartym roku zaproponowano mi nawet angaż w Teatrze Wybrzeże. Ale odmówiłam, bo mnie, dziewczynie z Tomaszowa Mazowieckiego, Gdańsk wydawał się miejscem na końcu świata. Potem tego trochę żałowałam. Tuż po dyplomie Zofia Petri, ukochana profesor, pomogła jej zdobyć etat w warszawskim Teatrze Polskim. Przyjmował ją sam dyrektor Kazimierz Dejmek. Zerknął, kazał pójść do sekretariatu i podpisać umowę. Był wymarzony etat, tylko pracy nie było.

- Łudziłam się, że angaż oznacza jednak jakąś rolę. Małą, drugoplanową, cokolwiek. I owszem, wpadały epizody, drobiazgi. Tylko dla mnie, tak głodnej grania, to było stanowczo za mało. Chodziłam na castingi, na których nikt mnie nie wybierał. Przestałam chodzić do teatru jako widz. Zbyt bolał widok kolegów na scenie. Przyznaję, że byłam zazdrosna. W dodatku źle się czułam w Warszawie. Tomaszów Mazowiecki i Łódź były z mojej bajki: swojskie, fajnie zapyziałe. A tu… Pamiętam jak w liceum przyjechałam na dzień otwarty na uczelnię do stolicy. W granatowej spódniczce, z kokardą we włosach. W Akademii Teatralnej zobaczyłam dziewczyny w najmodniejszych ciuchach, profesorów o wielkich nazwiskach, których znałam tylko z telewizji. Przeraziłam się. Trochę czasu mi zajęło, zanim na dobre zaaklimatyzowałam się w Warszawie. Dziś lubię jej tempo, nerwowość.

Kiedy skończyło się jej małżeństwo, została sama z trzyletnią córką. Wiedziała, że z etatu w teatrze nie zrezygnuje nigdy, ale przecież trzeba było z czegoś żyć. Mogła płakać nad swoim losem samotnej matki. Wolała jednak pójść do roboty. Każdej, byle zarobić na czynsz wynajętego mieszkania i utrzymanie Nadii. Z Tomaszowa ściągnęła mamę do pomocy przy dziecku, a sama została panią od PR-u we francuskim koncernie. - Z tamtego czasu pamiętam, jak w kółko jeździłam taksówkami po mieście. Rano do pracy, z pracy do teatru, z teatru do domu. Wracałam, gdy Nadia spała. Zżerały mnie wyrzuty sumienia. Pewnego dnia powiedziałam: "Dość. Nic na siłę". Odeszłam z koncernu, gdzie zarabiałam dobre pieniądze. Z dnia na dzień. Bez wahania, ale też bez planu awaryjnego.

Alain Delon z jasnego nieba

Kiedy odwiedza mamę w Tomaszowie Mazowieckim, czuje żal, że miasto się zmieniło. Nie działają Mazowieckie Zakłady Przemysłu Wełnianego. Zostały po nich tylko puste mury. W dzieciństwie mieszkała tak blisko fabryki, że w swoim pokoju słyszała szum krosien.

- Najsmutniejszym dniem była niedziela, bo krosna nie pracowały i za oknem zapadała martwa cisza. Miałam wtedy wrażenie, że nic się nie dzieje, dopadał mnie smutek. W poniedziałek, gdy fabryka ruszała o szóstej rano, świat wracał do normy. Do dziś nie umiem odpoczywać w ciszy. Kocham miasto, zatłoczone ulice. Zbyt długo żyłam w mieszkaniu, którego okna wychodziły na ruchliwą jezdnię. Nigdy nie marzyłam o cichym domku za miastem. Straszna nuda!

W fabryce pracował ojciec Izy. Po szkole szła do niego i czekała, aż wpół do czwartej wstanie od biurka, weźmie ją za rękę i wrócą razem do domu. - Był bardzo lubiany, wszyscy mu się kłaniali, a mnie serce rosło z dumy. Tata już nie żyje, ale nie ma dnia, bym o nim nie myślała. Bardzo go kochałam. Odziedziczyłam po nim poczucie humoru i absolutny brak konsekwencji. Po cichu wyręczał ukochaną córeczkę we wszystkim. Miałam pewność, że w sytuacji podbramkowej tata zawsze przyjdzie mi z pomocą. Mama, nauczycielka języka polskiego, reprezentowała świat zasad i wymagań. Oboje tak różni stworzyli mnie i starszej o dziewięć lat siostrze tradycyjny dom. Często przychodzili do nas goście. To były inne czasy, nikt nie spotykał się w kawiarniach na mieście.

Ona też unika bankietów i wielkich wyjść, ale gości przyjmuje z entuzjazmem. Sama przygotowuje jedzenie, dba, żeby nikomu niczego nie zabrakło. - Iza jest z gatunku kobiet krzątających się - zauważa Renata Dancewicz. - Kiedy na studiach mieszkałyśmy w jednym pokoju w akademiku, często odwiedzali nas koledzy. Mnie do głowy nie przyszło palcem ruszyć, a ona parzyła herbatę, robiła kanapki.

Do dziś jest opiekuńcza. Zdarza się, że narzeczonemu, dramaturgowi i lekarzowi radiologowi Markowi Modzelewskiemu wozi do szpitala obiad na dyżur. Musi wiedzieć w każdej minucie, co robi Nadia, bo panicznie się o nią boi. Tak jak kiedyś się bali jej rodzice, choć była córką poukładaną i posłuszną, dobrze się uczyła i nie sprawiała kłopotów. Od zawsze wiedziała, że będzie aktorką. - W moim wyborze nie było nic romantycznego. Nawet nie zastanawiałam się, czy mam talent. Nie przejmowałam się opiniami innych. Nic nie mogło zawrócić mnie z obranej drogi - zapewnia.

Romantyczna była za to miłość do Alaina Delona. Gdy miała dziewięć lat, obejrzała głośny film "Dwaj ludzie z miasta" José Giovanniego i wpadła po uszy. - Boże, jak ja kochałam Delona! Jeszcze w liceum miałam go przed oczami. To było prawdziwe fatalne zauroczenie, grom z jasnego nieba. A "Dwóch ludzi z miasta" nagrałam na magnetofon Grundig. Odtwarzałam dialogi w nieskończoność, a ponieważ film miał dramatyczne zakończenie, płakałam wniebogłosy - wspomina aktorka.

Maria Barcz

Przeczytaj drugą część wywiadu

Tekst pochodzi z magazynu

Pani

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje