Przejdź na stronę główną Interia.pl

Lubię ostro pod górkę - część III

Ja jestem ze wsi, trochę dzikuska, moje klimaty to lasy, pola, tam gdzie biegam. Jej bliscy wiedzą: sukcesy Justyny nie zmieniły.

Struktura kryształu

Reklama

Prawie pół metra wysokości, grube szkło, ciężka. Kryształowa Kula stoi teraz w Kasinie. Dwa miesiące temu do ostatniej chwili nie było wiadomo, w czyje ręce trafi . Justyna ma już dwa złote medale mistrzostw świata z Liberca i szansę na wygraną w pucharze świata, ale po piętach depcze jej Słowenka Petra Majdić. Sobota, 21 marca. Falun, Szwecja - tu wszystko się rozstrzygnie. Start do biegu łączonego (styl klasyczny, potem dowolny) na 10 kilometrów. W ogólnej klasyfikacji Justyna ma 11 sekund straty do Petry. Teraz skupia się na każdym ruchu, nie może popełnić błędu. Po pięciu kilometrach obowiązkowo zmienia narty - jej serwisanci widzą, jak jest skoncentrowana, precyzyjna w ruchach. Już wie, że nadrabia stratę. Na ostatnich metrach dociska na ful. Nie słabnie. Zapomina o bólu. Na metę wpada z prawie minutową przewagą nad Majdić. Petra ściska ją i krzyczy tak, żeby słyszeli dziennikarze: "Jak ty to, k... zrobiłaś?!".

Nazajutrz jeszcze jeden bieg, ale Słowenka już czuje, że ta ambitna Polka ogra wszystkich. Justyna idzie do łóżka jak zwykle o dziewiątej. Odpędza myśli o zwycięstwie. Na siłę próbuje jeszcze się nie cieszyć. Ale zamiast snu przychodzą marzenia. Żadna Polka nie zdobyła Kryształowej Kuli. Byłaby pierwsza w historii... Sio, trzeba pomyśleć o czymś neutralnym - ciekawe, czy w Kasinie zrobili w tym roku lodowisko? Następnego dnia znów biegnie jak natchniona. Przed dekoracją szwedzki spiker łamie język, starając się wymówić poprawnie po polsku: "Pierwsze miejsce: Justyna Kowalczyk, Polska!". Wygrała ostatni bieg z 50-sekundową przewagą nad drugą zawodniczką. Za metą upadła, długo leżała na boku. - Co czułam? - zastanawia się Justyna. - To nawet nie była euforia. Raczej poczucie spełnienia. Tyle poświęciłam, wykonałam nieziemską pracę, tak bardzo chciałam... I teraz marzenie się materializuje. Druga myśl: wygraliśmy razem - ja i oni, moja ekipa. Kula jest ciężka, ale Justyna dźwiga ją nad głowę. Gdzieś z boku Wierietielny powstrzymuje łzy. Gratulacje od króla Szwecji, ona rzuca w trybuny wielki bukiet kwiatów. Za pół godziny zadzwoni telefon od polskiego prezydenta, za godzinę Justyna dostanie do przymierzenia żółtą koszulkę liderki, którą będzie nosiła w przyszłym sezonie. - To będzie jej najtrudniejszy rok - mówi trener. - Czekają nas igrzyska zimowe w Vancouverze, a najczęściej zawodnik, który triumfuje w sezonie przedolimpijskim, na olimpiadzie jest poza podium. Justysia, odkąd zaczęła trenować, cały czas idzie do przodu. Wszyscy ją obserwują. Jeszcze nie wiemy, jak zniesie tę presję.

Tylko nie gwiazda!

Wolna godzina po obiedzie. Sterta książek, gazet, laptop. Gombrowicz, "Wprost" czy Nasza-klasa? Justyna niezdecydowana. OK, otworzy komputer, naprawdę tylko na chwilę. Na Naszej-klasie ma swój profil, odświeżyła latem kilka znajomości. Zagląda do skrzynki, 1500 nieodebranych wiadomości. Nie da rady, wyłączy. Albo tylko rzuci okiem, co tam o niej piszą... - Piszą, że chcą więcej medali. Czy to ma na mnie wpływ? Średni. Presję dalszych zwycięstw mam w sobie. Gdy w Libercu zdobyłam dwa złote medale mistrzostw świata, pomyślałam: co dalej? Puchar świata to tylko wisienka na torcie i pretekst do bilansu. Pół życia zainwestowałam w to, kim teraz jestem. Za dużo, żeby nie chcieć więcej - mówi. Świt w Kasinie. Dzień po powrocie z Liberca. Sąsiedzi spędzili noc pod jej domem, krzyczą pod oknem: "Justyna, Justyna!!!". Śpiewają "Sto lat!", skandują "Kró-lo-wa śnie-gu!". W remizie wyje syrena, Justyna wychodzi przed dom zaspana, wyciera oczy. Łzy? Tak, jest wzruszona.

Dziś mówi: - Popularność mnie przerosła. Nigdy nie miałam idola. Nie wieszałam nad łóżkiem plakatów aktorów czy piosenkarzy. Nie rozumiem, że można uwielbiać kogoś do tego stopnia. Ale gdy widzę, że dzieciaki stoją na mrozie dwie godziny, żeby dostać mój autograf, wzruszam się. Jeżdżę na niektóre imprezy, bankiety. Nauczyłam się sortować zaproszenia. Już wiem, że nie odmawia się władzom państwa, władzom uczelni, krajanom. Ale w programach telewizyjnych udziału nie biorę. Musiałabym wciąż siedzieć w Warszawie, żeby zadowolić wszystkich. A to nie jest moje miejsce, nie lubię wielkich miast. Za dużo ludzi, hałas, nie ma czym oddychać. Ja jestem ze wsi, trochę dzikuska, moje klimaty to lasy, pola, tam gdzie biegam. Jej bliscy wiedzą: sukcesy Justyny nie zmieniły. Czasem na konferencji z dziennikarzami wstaje i mówi: "Przepraszam, muszę już iść". To nie brak pokory czy zarozumiałość. Raczej instynkt, który mówi: jesteś zmęczona, a zaraz masz trening, masaż, rehabilitację, to jest najważniejsze.

Czas na szczęście

Nasze ostatnie spotkanie, za godzinę zaczną się zdjęcia. Justyna przyznaje - ma większą tremę niż przed zawodami. Dla odprężenia rozmawiamy o błahostkach. O jej fajnej torbie, o tym, że choć "królowa śniegu", paradoksalnie nie lubi zimna, że nie skoczyłaby na bungee, bo nie kręcą jej ekstremalne zabawy. I o fryzjerach. Ciekawy zawód. Może zostanie fryzjerką, gdy już nie będzie biegała na nartach - żartuje. - A wiesz... - poważnieje nagle - ja nigdy nie opracowałam planu B. Nie miałam takiej potrzeby. Sport mi wystarcza. W nim wszystko jest proste, czarne albo białe. Nie ma fałszu, nie da się oszukać, więc w mojej głowie przyszłość kręci się dookoła sportu - mówi. - Napiszę pracę magisterską, kończę AWF, kierunek trenerski. Ale już wiem, że szkolenie dzieci to zajęcie nie dla mnie. Jestem zbyt wymagająca, trudno mi zaakceptować słabość innych. Nawet w stosunkach z bliskimi dużo mnie kosztuje, żeby przytulić zanim opieprzę: pękasz, weź się w garść. Co będę robić? Jeszcze nie wiem, teraz startuję i jestem szczęśliwa. Mam złoty okres, żyć nie umierać - mówi. Po raz pierwszy w życiu nie musi myśleć o pieniądzach. W tym sezonie dochody Justyny obliczono na milion złotych. Za wygrane zawody, kontrakty reklamowe. - Pojęcia nie mam, co robić z taką kasą. Dookoła świata nie pojadę, bo nie mam kiedy. Marzę o terenowej toyocie, ale jeżdżę samochodami sponsorów. Na pewno dam rodzicom na remont domu - postanawia.

Kasina? Miejsce ukochane. - Widać, że tu Justyna czuje się najlepiej - opowiada Ilona, starsza siostra. - Nie musi niczego udawać. Przyjeżdża, milczy. Chodzimy dookoła niej, aż odreaguje i będzie miała nastrój na zwierzenia. Justyna: - Oni czekają na opowieści, a ja chcę nacieszyć się spokojem, przecież bywam w domu tylko przez 30 dni w roku. Wszystko, co najważniejsze, dzieje się poza nim. Ale chcę żyć życiem najbliższych. Na ślub siostry przyleciałam ze zgrupowania w Estonii... Jej własny ślub? - Jest ktoś, ale nie zdradzę szczegółów. Związek na odległość? Nie. Spotkania w ciągu roku, które można policzyć na palcach - tego nie uznaję. Ale nie pytaj o więcej - prosi. - Prędzej, niż się wszyscy spodziewają, założę rodzinę. Chcę wziąć rok urlopu, urodzić dziecko. Znajdę na to czas - mówi Justyna. Uśmiecha się. Bardzo jest teraz kobieca. Miękka, romantyczna strona jej natury? - Lubię, kiedy mężczyźni otwierają przede mną drzwi, odsuwają krzesło w restauracji, kupują bez okazji kwiaty. Nie tylko dlatego, że jestem najlepsza na świecie w bieganiu na nartach. To co, już sesja? Ekipa zapewnia: pójdzie sprawnie, wybraliśmy dla ciebie piękne plenery, będziesz traktowana jak królowa. Justyna spuszcza oczy. I mówi cicho: "dziękuję".

Agnieszka Litorowicz-Siegert

Przeczytaj pierwszą część wywiadu

Przeczytaj drugą część wywiadu

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje