Przejdź na stronę główną Interia.pl

Lubię ostro pod górę

Supermenka, królowa śniegu. Niektórzy chcą w niej widzieć kobietę z żelaza. A ona się wścieka. Przecież płacze, kocha, wątpi i czasem przegrywa. W tym sezonie w narciarstwie biegowym zgarnęła cała pule. Ale czy tylko medale się liczą? Ona w planach ma miejsce na mężczyznę, dziecko, dom. A w szafie sukienki i mnóstwo par butów. Myśleliście, ze Justyna Kowalczyk żyje tylko sportem? O nie!

Dwudziesty kilometr. Ból coraz większy, wczepia się w mięśnie niewidzialnymi haczykami. Rozpruwa od środka włókno po włóknie, dochodzi do kości. Już ją bolą nawet włosy i paznokcie. - Czy ja mam jakiś własny kosmos, w który odpływam, kiedy biegnę za długo? Nonsens. Skupiam się tylko na bólu. Sztuka polega na tym, żeby przetrzymać go lepiej od innych - opowiada Justyna. Uśmiecha się. I już jest inaczej. Poważna, ściąga ostro zarysowane brwi, jakby chciała zakomunikować: nie podchodź. Uśmiechnięta staje się dziewczyną z sąsiedztwa. Szybko przechodzi na "ty", lubi ludzi. Ale nie znosi popularności - po przyjeździe do sanatorium w Polanicy, gdzie wypoczywa po sezonie startowym, trener poszedł z misją do szefa personelu: proszę udawać, że jej nie rozpoznajecie, bo się spakuje i wyjedzie. Kocha narty. Ale boi się mrozu. Często używa zdrobnień: "kwiatki", "sianko". Ale czasem klnie.

Reklama

Pełna kontrastów, raz furiatka, raz anioł. Złości się, że media nazwały ją cyborgiem. Umawia się tylko na ten jeden wywiad dla kobiecego magazynu. Chce odczarować mit, że Kowalczyk to maszyna. Przed naszą rozmową do pokoju wślizguje się pani z kawą. Nie wytrzymuje, szepcze: "Tacy jesteśmy z pani dumni!". Brwi ściągnięte. Ale - uff - zaraz uśmiech. Justyna dziękuje, spuszcza oczy. Naprawdę jest zakłopotana. OK, lecimy. Najpierw skończy o haczykach.

Musi boleć

- Trzeba spróbować oszukać ciało i mózg. Szukam myśli zastępczej. Na przykład spekuluję: co będzie za zakrętem - zjazd czy podjazd. Obstawiam: za trzecią górką polana, jak nie, nie jem dziś batonów. Skupiam się na kombinezonie zawodniczki przede mną - mogła sobie odpuścić ten róż. Trochę przytyła w udach, zaraz, jaki kolor nart miała ostatnio? - odciągam uwagę od bólu. Nie zawsze się udaje. Mój były lekarz, Robert Śmigielski, określił to tak: zawodnik czuje, jakby obok niego biegł ktoś, kto okłada go batem. Dokładnie, mam wrażenie, że jestem bita, że zaraz umrę - opowiada Justyna. Łapie moje zdziwione spojrzenie. - Ból musi towarzyszyć walce. Wysoko stawiam sobie poprzeczkę.

Wieś Kasina Wielka niedaleko Limanowej. Z okien domu Kowalczyków widać po jednej stronie ulicę, szkołę i boisko klubu sportowego "Orlik", po drugiej - górę Śnieżnicę. Obok płynie rzeczka. Mnóstwo miejsca do biegania. - Ja, dziewczynka: kurczak - drobna, chuda, w dżinsach i z końskim ogonem. Kiedy skończyłam trzynaście lat, poczułam się kobietą i wskoczyłam w dziewczyńskie ciuchy- śmieje się. Rodzice pracowali (mama jest polonistką w gimnazjum, tato pracuje w ośrodku wypoczynkowym na Śnieżnicy) i uprawiali ziemię - dzieciaki po szkole miały obowiązki. Justyna ma dwie starsze siostry(jedna jest nauczycielką, druga lekarką) i brata (też lekarz). - Byłam najmłodsza, omijało mnie dojenie krów. Ale pomagałam w plewieniu, w żniwach, zwożeniu sianka. Biegałam z grabiami po polu. W górach dużo rzeczy trzeba robić ręcznie, maszynom trudno wjechać wysoko - tłumaczy.

Od zawsze wytrzymalsza i sprawniejsza od rówieśników. - Jeździłam na zawody: piłka ręczna, lekkoatletyka, przełaje. Wygrywałam z chłopakami. W ósmej klasie zaczęłam trenować biegi narciarskie - wspomina. Od razu postawiła sprawę jasno: niedługo mistrzostwa Polski młodzików. Jak wygra, trenuje dalej, przegra - wraca do czytania Ani z Zielonego Wzgórza. Stanisław Mrowca, jej pierwszy trener, wzrusza ramionami: 150 medalistów wychował, ale żaden nie był taki bezczelny. Pięć miesięcy? Ta smarkula zwariowała. Po niespełna pół roku treningu Justyna wraca z mistrzostw Polski ze złotym medalem. Mrowca kupuje jej kwiaty, ojciec gwiżdże z podziwu, mama się martwi: czy to jest sport dla dziewczyny? Po podstawówce jej córka postanawia: idę do liceum w Zakopanem. Profil sportowy. Szesnastolatka rozstaje się z domem.

Zawsze można docisnąć

Start za trzy godziny. Justyna na zawody jeździ ze stałą ekipą: trener Aleksander Wierietielny plus serwismeni. Ulf Olsson przygotowuje jej narty przed wyścigiem. Dawno powinny być gotowe, a on gada przez telefon! - Kiedyś scenariusz był taki: dostawałam szału, klęłam, trzaskałam drzwiami. Przeczołgiwałam ludzi z ekipy. Dzisiaj robię "wzroki", czyli groźną minę, odchodzę bez słowa. I to jest dla nich jeszcze gorsze - uśmiecha się. - Jestem perfekcjonistką. Wymagam dużo od siebie, więc mam prawo i od innych. Twierdzisz, że pracujesz ciężko? Nieprawda, zawsze można jeszcze ciężej. Nie mają ze mną łatwego życia - wzdycha. - Bywam złośliwa i władcza, ale potem przepraszam - zastrzega. - Zdarza się, że jest obcesowa, arogancka, fakt - mówi trener. - To nie wynika ze złej woli. Denerwuje ją ignorancja. Na konferencji prasowej ktoś pyta: Ile medali przywiezie pani z olimpiady w Vancouverze? A Justysia na to: piętnaście! Dlaczego pani z nas kpi? A dlaczego pan zadaje głupie pytania? No bo może być wspaniale przygotowana, a zachoruje i wszystkie plany na nic - broni jej Wierietielny. Pracują razem od dziesięciu lat. A ona wciąż nie mówi mu po imieniu. Autorytet, mistrz- powtarza. Od dwóch lat ma go "na wyłączność".

Trenuje indywidualnie. To komfort: - Jestem typem samotnika. Muszę mieć swój kąt. A wyjazdy z kadrą oznaczają konieczność mieszkania z inną zawodniczką przez trzysta dni w roku. Gdy trenowałam w grupie, zawsze znalazł się ktoś, kto miał na dziś dość i zachęcał: chodźmy na piwo albo potańczyć. Wolałam unikać takich sytuacji. Niektórzy mówią, że dystansu do ludzi nabrała już w szkole średniej. Zakopane. Internat liceum sportowego. Justyna w pierwszej klasie. 70 kilometrów od domu, przestraszona. - Nie wiem, dlaczego starsze koleżanki mnie nie lubiły. Bo miałam lepsze wyniki? Bo jako szesnastolatka już na siebie zarabiałam? Szkolna fala była straszna - mówi. Uciekała do domu, płakała. Anonimowe telefony dzwoniły nawet do rodziców. Pogróżki: "Zniszczymy ją". Kres sprawie położyła dyrektorka liceum, ukarała winne, Justyna odżyła. - Od drugiej klasy było super. Wracałam z zawodów i przez pierwszy dzień wszystko opowiadałam przyjaciołom. Przepisałam chyba milion razy: "Nie będę więcej rozmawiać na lekcji". Już wtedy wiedziałam: sport to moja przyszłość. Pokochałam takie życie.

Agnieszka Litorowicz-Siegert

Przeczytaj drugą część wywiadu

Przeczytaj trzecią część wywiadu

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje