Przejdź na stronę główną Interia.pl

Efekt szminki

Kobieta Midas. Czego dotknie, zmienia w sukces. Jej nazwisko to logo mocne jak Wedel czy Blikle. A ona podobno wciąż taka sama. Rodzinna, pracowita. Proste sukienki, srebrna biżuteria, od 35 lat ten sam mąż. Irena Eris - tak idealna, że trudno uwierzyć. Polska kapitalistka opowiada, na co wydaje swoje pieniądze, czy pracownicy się jej boją i czy oddałaby biednym połowę majątku.

Powinnaś być legendą. Więc jest - o Irenie, która w 1983 roku, w garażu, wiosłem od kajaka miesza w wannie swój pierwszy krem "Eris - półtłusty". Prawda? Nie. Prawdą jest, że pani doktor z Polfy zrobiła maść dla kolegi, któremu pękała skóra dłoni. Pomogła. Może dzięki temu uwierzyła w siebie. Została "prywaciarzem", tak się wtedy mówiło. Pieniądze pożyczyła od matki. W dawnej piekarni założyła z mężem zakład. Po 10 latach mieli fabrykę, wkrótce instytut badawczy, sieć salonów kosmetycznych, hotele spa. Dzisiaj firma Dr Irena Eris zatrudnia 1000 osób, produkuje 20 milionów kosmetyków rocznie. Opisuje ją brytyjski "Vogue". Choć mówi się, że to arogancja - chce konkurować z francuskimi gigantami. Najlepsze kosmetyki Eris kosztują już ponad 100 złotych. I... ktoś to kupuje. Pieniądze? Ważne. Nie żeby budować rezydencje, raczej na drogie badania. Ma kilka światowych patentów. Imperium? Oświecone. Na 25-lecie firmy zamiast gali w sukniach był piknik. Ona skromnie ubrana, w tłumie pracowników. Witajcie na wyspie Utopii.

Reklama

Twój Styl: Zdarza ci się, że wchodzisz do fabryki albo do hotelu na Wzgórzach Dylewskich i nie możesz uwierzyć, że to wszystko Twoje?

Irena Eris: - Nie, bo na tabliczce jest napis "Dr Irena Eris". Ale coś w tym jest, wciąż się dziwię, że nam się udało. Bo byliśmy strasznie naiwni, zieloni w biznesie: ja farmaceutka, Henryk - inżynier od dróg. Brakowało nam wyobraźni. Gdyby mi ktoś wtedy odsłonił przyszłość, pokazał, jak firma będzie wyglądała za 27 lat, to bym się przestraszyła i tego pierwszego kroku nie zrobiła. Na szczęście nie byliśmy zachłanni, chcieliśmy tylko mieć małe laboratorium.

A o co chodziło? O pieniądze?

- Nie. Pieniądze przyszły, bo biznes musi zarabiać, żeby się rozwijać. Ale ja wtedy chciałam robić coś swojego. W państwowej Polfie dusiłam się, miałam doktorat, miałam marzenia, które wracały przed snem i nie mogłam ich realizować: pomysł na dobre kosmetyki. I widać, nie przesiąkłam tą socjalistyczną bezradnością, bo postanowiłam zrezygnować z państwowej pensji i Henryk też.

Bałaś się?

- Bałam. Noc przed złożeniem wymówienia w Polfie była nieprzespana.

Oddałaś mamie pieniądze pożyczone na stworzenie firmy? To podobno była równowartość sześciu małych fiatów?

- Oddałam. Bo brałam je z okropnymi wyrzutami sumienia. To była sprawa honoru - oddać. I już po trzech latach mogłam.

Wtedy już miałaś poczucie, że się udało?

- Nie, był inny moment. Zobaczyłam w tygodniku "Veto" wypowiedź aktorki Barbary Wrzesińskiej o moim kremie, że używa i że jest dobry. To był krem "Eris - półtłusty". Czytałam to kilka razy, żeby uwierzyć, że istniejemy, że ktoś nas zauważył. Przecież najpierw sukcesem było, gdy zdobyliśmy słoiczki do tego kremu i gdy Henrykowi udało się 50 słoiczków sprzedać. Dopiero potem przyszedł czas, że pod firmą nocą stała kolejka czekających na nasze kosmetyki.

I wtedy pomyślałaś: już nas nikt nie ruszy.

- Nie. Ja mam tylko taki wizerunek twardej baby. A zawsze się czegoś boję, mam wahania. Pewności nie ma nawet dzisiaj. Rok temu bałam się kryzysu. Na szczęście zadziałał "efekt szminki", o którym mówiła kiedyś Estée Lauder. Kobiety nawet w trudnych czasach raczej oszczędzą na jedzeniu niż na kosmetykach. Ale lęk jest, bo my też odpowiadamy za tysiąc naszych pracowników.

Jaką sobie zrobiłaś przyjemność, gdy poczułaś: mam sukces, stać mnie?

- Nie pamiętam, pewnie gdzieś z Henrykiem pojechaliśmy. I już nie pod namiot, bo stać nas było na hotel. Ale przypominam też sobie, że kupiliśmy pierwszą prawdziwą maszynę do kosmetyków. Wcześniej to kolega - "złota rączka" - robił nam podróbki profesjonalnych urządzeń. Mieszalnik z katalogu kosztował 30 tysięcy dolarów. Wtedy cena szalona.

Więc potwierdza się opinia, że Irena Eris nie umie być bogata.

- A czy ktoś wyznaczył jakiś wzorzec postępowania?

Ludzie, którym się powiodło, korzystają z owoców swojej pracy: budują rezydencje, mają jachty. To piękne mieć jacht, jeśli się zasłużyło.

- Nie jest pięknie mieć jacht, bo to straszny kłopot. Trzeba go konserwować, utrzymywać załogę. Im więcej człowiek ma, tym bardziej go od tego głowa boli. Po co mam dbać o własny jacht, skoro mogę go sobie wynająć i popłynąć?

Kiedy ostatnio wynajęłaś?

- No, nigdy.

A jakim jeździsz samochodem?

- Audi A4

Widziałem, skromny. I nie najnowszy.

- Wystarczy. I wystarcza nam też 200-metrowy dom na Sadybie, ten sam od 20 lat. Rozumiem, że ludzie chcą pokazać, że im się powiodło, czasem ten "pański" styl życia pokrywa kompleksy. Ja tak nie mam. Kupiliśmy pałacyk na Mokotowie, ale po to, by urządzić Centrum Naukowo-Badawcze. Mieszkać tu? Po co?

Dowiedz się więcej na temat: Irena Eris | wywiady

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama