Przejdź na stronę główną Interia.pl

Dostałam drugie życie

Kontrowersyjna. Robi duże rzeczy i wciąż jest za nie krytykowana. Bogata, więc budzi nieufność. Nie stara się podobać: kłuje w oczy luksusem, nie afiszuje się dobroczynnością, unika wywiadów, a jeśli, to najchętniej rozmawia o sztuce. Mało kto zna inną Grażynę Kulczyk. Tę poznańską, która wstaje o wpół do siódmej, sama robi gościom kanapki, wciąż troszczy się o dzieci i zbiera papierki na korytarzach swojego Browaru. Niedawno rozstała się z mężem, zza którego cienia prawie jej nie było widać. Powiedziała: Teraz ja!

W biurze Grażyny Kulczyk panuje atmosfera jak pałacu królowej śniegu, chociaż chłód jest tylko emocjonalny. Sterylne przestrzenie, asystentka zgaduje każdą myśl. Gabinet na ostatnim piętrze ceglanego pawilonu w Browarze ma powierzchnię sali gimnastycznej, a wypełniających go dzieł sztuki pozazdrościłaby każda galeria.

Reklama

Pani prezes po poznańsku punktualna. "Jak zawsze", mówią pracownicy. Pytana, czego jej w życiu brakuje, odpowiada: "Czasu". W butach za kolana, czarnej mini i szarym bliźniaku podkreślającym jej idealną figurę wygląda młodo. Ładnie mówi, ładnie siedzi, ładnie trzyma filiżankę. Papier od książki, którą dostała w prezencie, zwija w kulkę i kładzie w rogu fotela. Przez trzy godziny rozmowy jej cichy, opanowany głos ani na chwilę nie zmieni tonu.

Twój STYL: Jakiej cechy chciałaby się Pani pozbyć, żeby być szczęśliwsza?

Grażyna Kulczyk: Perfekcjonizmu. Tego, że wszystko dokoła mnie musi być poukładane, punktualne, książki równiutko, gazety na kupkach. Chciałabym czasem przymknąć oko, nie umiem. Męczę tym siebie, męczę otoczenie. W skali od 1 do 10: perfekcjonizm 10 i pół.

Gdy zobaczyłem Pani gabinet, to szkło, stal, beton, pomyślałem, że musiała Pani być surowo wychowana.

Grażyna Kulczyk: Jestem córką oficera. Ojciec był majorem lotnictwa. We wrześniu 1939 roku wystartował z lotniska Ławica w Poznaniu i mama nie widziała go dziesięć lat. Znalazł się w Anglii, walczył w Dywizjonie 305. Wrócił do Polski w '48. Gdy się urodziłam, musztrował mnie, jak ojciec musztruje syna. Pobudka rano, idealnie prowadzone zeszyty. Nie było mowy, żeby nie wrócić do domu na czas. Godzina 22 była święta.

Rodzice mieli wcześniej syna...

Grażyna Kulczyk: Tak. Gdy wybuchła wojna, mamę ostrzeżono, że rodzinom oficerów grozi niebezpieczeństwo. Postanowiła uciekać do Warszawy z rocznym dzieckiem. Gdzieś po drodze, w gospodarstwie, mój brat dostał mleko od zakażonej krowy i umarł. Rodzice nigdy nie znaleźli jego grobu. Więc kiedy się urodziłam, to ja zastępowałam tacie syna.

Bała się Pani ojca?

Grażyna Kulczyk: Nie, skąd. Przypominam sobie taki obrazek: wspólny wyjazd w góry. Tylko tata i ja, bo mama pracowała. Panie w pensjonacie podziwiały przystojnego pana, jak świetnie sobie radzi z trzyletnią córką. Pamiętam też, jak po szkole nosiłam tacie do pracy obiad w menażkach, bo żal mi było, że pracuje cały dzień i nie może zjeść nic ciepłego. Był wtedy inżynierem budownictwa.

Zaznała Pani kiedyś biedy?

Grażyna Kulczyk: Nie.

Pytam, bo zastanawiam się, czy dobrobyt daje siłę, czy osłabia.

Grażyna Kulczyk: To był inny dobrobyt niż dzisiaj. Było mieszkanie, wystarczało na jedzenie, na kino. Wiem, że mama pomagała też naszej rodzinie. Ale nie mieliśmy samochodu, nie podróżowało się na Wyspy Kanaryjskie. Stroje... jedna z ciotek szyła, jeździłyśmy z mamą tramwajem przez cały Poznań odwiedzić ciocię i szyć sukienki. O, taki luksus.

A o czym Pani marzyła?

Grażyna Kulczyk: Nie miałam marzeń materialnych. Może o swobodzie, żeby móc później wracać do domu. Bo w tej sprawie czułam się gorsza od koleżanek.

To był jedyny kompleks? Jaka była 18-letnia Grażyna Kulczyk?

Grażyna Kulczyk: Poszła już na studia, na wydział prawa. Pamiętam, że wtedy odważyłam się ściąć warkocz. Ojciec protestował, a ja powiedziałam, że jestem dorosła i sama decyduję. Potem zostałam szefową rady klubów studenckich, zaczęłam "służbowo" bywać na imprezach, poczułam się akceptowana. Ale wymagający ojciec nie budował we mnie poczucia wartości. Wciąż mi się zdawało, że powinnam być mądrzejsza, bardziej pracowita...

Ładniejsza?

Grażyna Kulczyk: Z tym nie było tak źle, ale w pewne rzeczy długo nie mogłam uwierzyć. Na przykład mówiło się, że mam najlepsze nogi na roku, a ja uważałam, że moje nogi są słabe. Za chude.

Teraz prawie zawsze nosi Pani mini.

Grażyna Kulczyk: Może w ramach pracy nad poczuciem wartości? Krótkie spódnice zaczęłam nosić właśnie na studiach. Niewiele było sposobów manifestowania kobiecości. Moją idolką była Kalina Jędrusik. Kiedyś w Kabarecie Starszych Panów śpiewała Bo we mnie jest seks, na koniec odwracała się do kamery i pokazywała dekolt na plecach tak głęboki, że widać jej było... kość ogonową. Chciałam być tak wyzwolona jak ona.

No i się udało. Ma Pani czasem taką myśl, że czas płynie i już czegoś nie wypada?

Grażyna Kulczyk: Że nie wypada, oczywiście, tak mnie wychowano. Ale że "już"? Nie. Ubieram się klasycznie. Noszę od lat ten sam rozmiar - 36. Czego na przykład nie wypada?

Nosić skórzanych spodni, butów za kolana...

Grażyna Kulczyk: Boże, co pan mówi? Nie, ja nigdy się nie zastanawiałam, co ludzie powiedzą. Nie ubieram się, żeby drażnić. Ale też nie widzę powodu, żeby podlizywać się skromnością.

Ale właśnie za to wiele kobiet Panią krytykuje. Za styl ostrej, drapieżnej kobiety. Nie marzy Pani czasem, żeby przejść przez swoje miasto jak Anna Dymna przez Kraków i żeby ludzie dawali Pani kwiaty, mówili, że Panią kochają?

Grażyna Kulczyk: Każdy tego potrzebuje. Liczę się z tym, jak mnie oceniają inni. Ale ja nie jestem Anną Dymną, wypełniam inną misję. Mam opinię twardej, mocno stąpającej po ziemi osoby. Prowadzę duży biznes, a u nas ludziom interesu się nie ufa. Często w mediach pokazywano mnie inną, niż jestem. I co, mam stanąć na rynku i krzyczeć: "Słuchajcie, jestem fajna!"? Uodporniłam się. Ale czuję się czasem samotna. Chociaż wie pan, że ostatnio coś się zmieniło. Spotykam się z objawami sympatii. Nie ma tygodnia, żeby mi ktoś nie powiedział: "Dziękujemy pani za Browar. Za to, że można tu przyjść, popatrzeć na sztukę, posłuchać koncertu".

Ostatnio, czyli po rozstaniu z mężem?

Grażyna Kulczyk: Tak. Pracuję na swoje konto. Strzepnęłam z siebie wszystko.

Poznaliście się na studiach prawniczych. Czym pan Jan zwrócił Pani uwagę?

Grażyna Kulczyk: Był uroczy. Inny niż wszyscy, dowcipny, inteligentny, zaskakujący...

Trudno tak mówić o byłym?

Grażyna Kulczyk: Nie, bo to sprawiedliwe.

Biorąc ślub z Janem, trafiła Pani do dużego biznesu. Mówi się, że pierwszy milion dolarów trzeba zdobyć nielegalnie, Pani mąż dostał go od ojca już w latach 70. Czy to zmieniło Pani życie?

Grażyna Kulczyk: Nie zmieniło mi nic w głowie. Żyliśmy komfortowo, ale dobrobyt nie zawsze jest fajny. Nagle zobaczyłam, jak odsuwają się przyjaciele. Dawne przyjaciółki nie rozumiały mnie, zazdrościły mi 500-metrowego domu, ciuchów. A ja im zazdrościłam, że swoich mężów mają przy sobie, że oni dbają o remont mieszkania, pomagają wychowywać dzieci. Jan pojawiał się w domu tylko na weekend. A one mówiły: "Głupia, przynajmniej możesz sobie kupić futro".

Albo mercedesa.

Grażyna Kulczyk: Nie tak od razu, moje pierwsze auto to był maluch, gdzieś w latach 70.

Powiedziała Pani kiedyś, że związek z tak silnym człowiekiem wymaga kompromisów. Czy jednym z nich była rezygnacja z kariery prawniczej? Marzyła Pani, by zostać sędzią.

Grażyna Kulczyk: Bardzo. I nie było to łatwe. Aplikację robiłam w Zielonej Górze, już po ślubie. Co poniedziałek o drugiej w nocy wsiadałam do pociągu. Przesiadka była w Zbąszynku, nad ranem. W barze dworcowym zjadałam bułę i piłam kakao z wyszczerbionego kubka. Na ósmą szłam na zajęcia do Sądu Wojewódzkiego i przysypiałam ze zmęczenia. A po południu szybko na PKS do Krosna Odrzańskiego, gdzie miałam pokoik na zapleczu sali rozpraw. Ale do łazienki musiałam przechodzić przez tę salę, więc pobudka była o szóstej, żeby się umyć, zanim do sądu przyjdą interesanci.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje