Przejdź na stronę główną Interia.pl

Żegnaj Robinsonie polskiej kultury

Ciągle miał wiele planów. Chciał pracować z młodzieżą, zapoznawać ją z kulturą. Los przerwał jego misję...

Jego życie było nieustanną gonitwą. W środę 21 kwietnia było tak samo. Wojciech Siemion (†82) późnym wieczorem jechał do Warszawy.

Reklama

- Musiało wydarzyć się coś bardzo niedobrego, skoro zjechał na przeciwny pas, gdzie czołowo zderzył się ciężarówką - mówi jego przyjaciel Emilian Kamiński (58).

Z powodu ciężkich obrażeń ciała lekarze wprowadzili pana Wojciecha w śpiączkę farmakologiczną, z której po kilku dniach miał być wybudzony. Bóg miał jednak inne plany. - Nie wierzę w to, co się stało! Był taki szczęśliwy i tak wiele chciał jeszcze zrobić - dodaje Emilian Kamiński.

Dwa lata temu Wojciech Siemion odzyskał radość życia. Oto los postawił na jego drodze sporo młodszą Barbarę Kasper. Pobrali się i byli nierozłączni. Aż do tragicznego wypadku, z którego pani Barbara cudem uszła z życiem...

Dzięki drugiej żonie aktor pokonał depresję po śmierci Jadwigi Siemion, z którą spędził ponad 50 lat życia. To z nią kupił i odbudował dworek w Petrykozach pod Grójcem. Razem stworzyli nie tylko swoją oazę spokoju, ale też atrakcję turystyczną.

Pan Wojciech otworzył tam prywatne muzeum sztuki ludowej, bo on wszystko chciał ocalić od zapomnienia. Dlatego nazywano go "Robinsonem Kultury". Interesowała go tylko sztuka przez wielkie "S" i praca przez wielkie "P". Stąd ciągły brak czasu.

Ostatnio spotykał się z gimnazjalistami. Uczył ich czytać i recytować poezję. To była jego misja. - Dzieciaki są cudowne - mawiał. - Chciałbym im zawsze i wszędzie opowiadać o polskiej tradycji, ale nie do wszystkich wiejskich szkół uda mi się dojechać.

Lada dzień w Żabiej Woli znów miał prowadzić warsztaty teatralne. Nie mógł się już doczekać. Tę ostatnią lekcję poezji przerwał jednak tak nagle i tragicznie okrutny los...

IL

Świat i Ludzie nr 17/2010

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje