Przejdź na stronę główną Interia.pl

Żałuje i żartuje

Kochał trwonić czas i pieniądze. Był dumny z tego, że nikt nie traktuje go poważnie.

Dziś Hugh Grant żałuje dawnych miłości i straconych szans. Całe szczęście, że robi to dowcipnie, opowiadając jednocześnie o lęku przed ciszą, marzeniu o ojcostwie i dziwactwach pielęgnowanych w ukryciu.

Reklama

Londyn, czerwony dywan przed kinem "Odeon" przy Leicester Square. Premiera komedii "Słyszeliście o Morganach?" Z czarnego lexusa wysiada Sarah Jessica Parker, mimo chłodu w różowej sukience mini bez ramion (kto powiedział, że bycie gwiazdą jest łatwe?). Tuż za nią Hugh Grant w rozpiętej pod szyją koszuli. Wszystko w nim zdaje się mówić: "Jestem tu przypadkiem i zaraz wracam na kolację z przyjaciółmi".

Uroczy chłopiec ma już siwe włosy i zaskakująco mroczne spojrzenie. Czytelnicy kolorowej prasy wiedzą, dlaczego. Znów jest singlem ("Byłem związany ze wspaniałymi kobietami. Schrzaniłem sprawę"), nie ma dzieci i nie potrafi poradzić sobie z upływającym czasem ("Gdy oglądam swoje zdjęcia w gazetach, widzę mnóstwo atrakcyjnych dziewcząt i jednego starszego faceta. Nie mogę uwierzyć, że ten żałosny gość to właśnie ja").

Hugh to mężczyzna pełen sprzeczności. Nieporadny i cyniczny. Ze skłonnościami do niekontrolowanej wściekłości (potrafi wyrwać wycieraczki z samochodu komuś, kto ledwo drasnął jego auto), ale i autoironicznym dystansem. - Jego poczucie humoru jest nieograniczenie błyskotliwe i zaskakująco dziecinne. To sprawia, że trudno nad nim zapanować - mówi reżyserka "Dziennika Bridget Jones" Sharon Maguire. Sarah Jessica Parker dorzuca coś jeszcze: - Oboje mamy opinię osób zabawnych. Ale bez przerwy się martwimy. Głównie o to, co jeszcze się nie wydarzyło. Czy będziemy śmieszni, czy mamy dość talentu. Hugh lubi jednak pokonywać własne ograniczenia - twierdzi Parker. Naprawdę?

Twój Styl: "Słyszeliście o Morganach?" to komedia o ratowaniu małżeństwa. Zdarzało się panu z determinacją walczyć o związek?

- Mnie pani pyta o małżeństwo? Przecież ja nigdy nie byłem żonaty!

Ale był pan związany ze znanymi i pięknymi kobietami.

- Mężczyźni są wygodni, co pewnie już pani zauważyła. Owszem, chcą mieć partnerkę, dom, rodzinę, ale nie chcą nad tym jakoś szczególnie pracować. Gdy zdarza się im popełnić jakiś błąd, wolą go raczej ukryć niż analizować. Mimo że mam za sobą parę związków, nadal nie wiem, jak zachować się w konfliktowej sytuacji. Kupić prezent? Przepraszać? Czy może wreszcie - nie przepraszać i pozostać prawdziwym mężczyzną? Mam wrażenie, że to kobiety rozdają karty i od nich zależy sukces miłosnej historii dwojga ludzi.

Przecież mężczyźnie też może nie odpowiadać zachowanie partnerki. Czy jest coś, czego pan by nie wybaczył?

- Z pewnością. Są rzeczy ostateczne, nieodwracalne. Na przykład brak higieny osobistej... Ale żarty na bok. Ostatnio jakoś nie lubię rozmawiać o swoich miłościach.

Za to dużo mówi pan o dziecku.

- Chciałbym mieć dziecko. To dobry pomysł. Jeszcze lepiej, gdyby mój syn lub córka byli już na świecie. Kilkanaście lat temu jednak taka myśl w ogóle nie pojawiła się w mojej głowie. Wystarczała mi miłość do samego siebie. Potem co prawda uznałem, że miło byłoby zaopiekować się kimś jeszcze, ale nic z tego nie wyszło. Dziś moje pragnienie, by mieć dziecko, wynika z czystego egoizmu. Nie chciałbym spędzić siedemdziesiątych urodzin w samotności. Stary, zgorzkniały z drinkiem w ręku i z głupim pytaniem zadawanym sobie: dlaczego nie ma tu nikogo, kto chciałby się mną zająć?

Czuje pan, że zegar biologiczny tyka?

- Tak. Dość głośno. W tym roku skończę 50 lat i zamierzam poddać się eutanazji w Szwajcarii... Nie, przesadziłem - pięćdziesiątka mnie nie przeraża. 51 lat to będzie dopiero przełom... Czasami dziwi mnie, że gdy rano myję twarz i podnoszę się, by spojrzeć w lustro, podbródek nie nadąża i zostaje gdzieś w dole, przy umywalce. Mimo to robię wszystko, by nie udawać trzydziestolatka. Nie uznaję liftingu i farbowanych włosów. Mam swoją godność.

I chyba dobre geny...

- Znalazłem sposób na dobry wygląd... Więcej makijażu, mniej pracy i żadnych dzieci.

Życie singla, które tak pana drażni, ma więc swoje zalety. Zwłaszcza jeśli ten singiel mieszka w mieście pełnym rozrywek. Byłby pan w stanie porzucić Londyn i przenieść się na prowincję, tak jak ana bohater z "Słyszeliście o Morganach?"

- Na angielską prowincję - nigdy. Wydaje mi się, że w każdym brytyjskim wiejskim domu straszy... Nie cierpię rolników, zwierząt hodowlanych, trawy i ciszy. Oraz ciemności. Nie mógłbym spędzić zbyt wielu wieczorów bez światła. Jestem człowiekiem miasta. Gdy tylko znajdę się w okolicy, w której nie ma neonów, oświetlonych wystaw, od razu włączam komórkę, to namiastka iluminacji. Może też być komputer lub telewizor. Albo przynajmniej wsiadam do samochodu i patrzę kilkanaście minut na podświetloną tablicę rozdzielczą.

Ekstrawagancki nawyk... Ale chyba niejedyny. To prawda, że w dzieciństwie bawił się pan w zabijanie?

- Prawdą jest, że ulubioną grą mojego dziadka, wojskowego, było "polowanie na ludzi". Odwiedzaliśmy go z bratem w wakacje w Szkocji, gdzie mieszkał. Stawiał wtedy w terenie figury naturalnych rozmiarów wycięte z kartonu i kazał nam do nich strzelać. Biegaliśmy więc po polu w spódniczkach w szkocką kratę, ze strzelbami. Gdy udało nam się trafić w głowę, rozrywał się woreczek z farbą i tryskała "krew". Uwielbialiśmy to. Dopiero wiele lat później ze zdziwieniem dowiedziałem się, że nie jest to tradycyjny sposób wychowywania dzieci.

Jakim był pan chłopcem?

- Miałem parę ekscentrycznych nawyków, które niepokoiły moich rodziców. Po pierwsze wkładałem sobie do nosa skórkę od jabłka. Po drugie jadłem piasek. Po trzecie razem z bratem bawiliśmy się lalkami, co jest dość niezwykłe u chłopców. Na swoje usprawiedliwienie mam jedynie to, że zaglądaliśmy im pod spódniczki.

Co dziś jest pana obsesją?

- Golf. Gardzę tym sportem, ale nie potrafię się od niego uwolnić. Golf jest jak seks, trzeba traktować go poważnie. Kiedyś wydawało mi się, że mam wiele zainteresowań, mnóstwo książek leżało na moim nocnym stoliku, dziś jest tam tylko poradnik, jak trzymać kij i trafiać do dołka. Golf zdominował wszystko. Wydaję nieprzyzwoicie dużo pieniędzy na lekcje u nauczycieli światowej klasy i wydaje mi się, że jestem już całkiem niezłym graczem. Mam jednak wrażenie, że niektórzy trafiają do dołka, bo są utalentowani, a inni, bo są bogaci. Należę do tej drugiej kategorii. Tym, co najbardziej podoba mi się w tym sporcie, jest nie sama gra, ale hazard, zakłady, kto wygra. Chwilami bywam naprawdę zacięty.

Golf to rozrywka dla ludzi, którzy mają dużo wolnego czasu. Pan ceni ten luksus do tego stopnia, że kilka razy chciał nawet rzucić aktorstwo. Nigdy do tego nie doszło. Dlaczego?

- Kiedyś dużo pracowałem. Brałem wszystko, co się da, głównie role, które były skazane na międzynarodową klęskę. W końcu, gdy miałem parę wolnych dni, wyjechałem z dziewczyną na wakacje i okazało się, że to dużo przyjemniejsze niż spędzanie czasu na planie. Unikanie wysiłku zaczęło wychodzić mi tak dobrze, że co tydzień myślałem: "chyba zrobię sobie wolne". Zwłaszcza że po filmie Cztery wesela i pogrzeb mogłem już sobie pozwolić na odrzucanie scenariuszy. Stosowałem "test herbaty". Jeśli przy czytaniu cały czas myślałem, by zrobić sobie filiżankę earl greya, tekst lądował w koszu... Ale w rzeczywistości, choć nie mam ochoty się przepracowywać, lubię robić filmy. Aktorstwo chciałem rzucić tylko z jednego powodu: gdy kamera jest już włączona, mam napady paniki.

Tak było i tym razem?

- Na początku tak, ale starałem się nad tym pracować. Lekarz zalecił mi stosowanie technik oddychania, które zadziałały. Nie brałem nawet leków.

Może kojąco wpływała obecność Sary Jessiki Parker?

- Od razu poczuliśmy chemię, bo pierwszego dnia byliśmy tak samo zdenerwowani. Sarah jest bardzo zabawna, potrafi mnie rozśmieszyć. I co najważniejsze, nie traktuje aktorstwa zbyt poważnie. Polubiłem ją, co napełnia mnie dumą, bo większości ludzi nienawidzę.

Polubił pan Sarę na tyle, by obejrzeć "Seks w wielkim mieście"?

- Oglądałem film (byłem chyba jedynym facetem w kinie) i bardzo mi się podobał. Inna rzecz, że łatwo mnie zadowolić. Oglądam i westerny, i ciężkie, melancholijne filmy psychologiczne, i kino eksperymentalne. To dlatego, że zwykle nie rozumiem fabuły. Pytam osobę, która siedzi obok: "Ale o czym to jest?!". Wracając jednak do "Seksu..." Gdy już pracowaliśmy razem z Sarą, mieszkaliśmy w małym hotelu w Santa Fe. W pokoju był telewizor, który odbierał tylko cztery stacje. Jedna z nich kilka razy dziennie puszczała stare odcinki serialu. To było bardzo... interesujące. Wysyłałem maile do Sary, która mieszkała obok: "Nie wiem, czy będę w stanie chodzić na wysokich obcasach", "Zaczynam się martwić o pana Biga"...

Czy ostatnio dowiedział się pan o sobie czegoś nowego?

- Że lubię nosić strój kowboja. Zdarza mi się wkładać kostium, w którym występowałem w filmie.

Przed publicznością?

- Nie, tylko przed lustrem. My, Brytyjczycy, mamy swoje dziwactwa i pielęgnujemy je w ukryciu.

W ukryciu od lat pisze pan książkę...

- Mam już połowę... Nie wiem jednak, kiedy ją wydam. Realnie rzecz biorąc, pewnie w 2020 roku. Tekst pokazałem na razie jednej osobie. Podobał się jej. Ale może tylko udawała, że się podoba?

Agnieszka Filas

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje