Przejdź na stronę główną Interia.pl

We mnie jest miłość do kuchni i jedzenia

Kobiety wprost go uwielbiają, mężczyźni - szanują, konkurenci i przeciwnicy - nie znoszą. I wszyscy za to samo. Za jego silne poczucie własnej wartości.

Od kilku już lat Borys Szyc (33) należy do elity polskich aktorów. Ciężko zapracował sobie na tę pozycję. Równie dobrze potrafi zagrać wrażliwego bohatera, jak i parszywego bandytę. I w każdej z tych ról jest bardzo przekonujący. Tym razem w serialu pt. "Przepis na życie" wciela się w postać Jerzego Knepa, niezwykle apodyktycznego szefa kuchni.

Reklama

Prywatnie także jest pan miłośnikiem dobrej kuchni i gotowania?

Borys Szyc: - Nie ukrywam - faktycznie potrafię gotować. I to z każdym dniem zdjęciowym coraz lepiej. Potrafię coraz więcej, a dla mnie taka nauka jest niezwykle cenna. To zresztą jeden z powodów, dla których podjąłem się tej roli.

Czyli wcześniej już pan się do tego trochę przygotowywał?

- Trochę eksperymentowałem w domu. Byłem też prywatnie na kursie gotowania w Toskanii. Po prostu uwielbiam dobrze przyrządzone jedzenie, uwielbiam gotować. Natomiast producenci serialu zapewnili też, oczywiście, odpowiednie przygotowanie ze swojej strony. Mam konsultantkę, która "siedziała" dwadzieścia lat we Francji, a nasza kuchnia serialowa jest właśnie lekko francuska.

Ma pan jakieś popisowe danie?

- Na przykład jagnięcina w ziołach. Przyrządziłem ją w czasie kręcenia jednego z odcinków.

Nadejdzie dzień, gdy będzie pan mógł obsłużyć jako kucharz całe przyjęcie?

- Już mi się to udaje. Często gotuję z przyjaciółmi. To jest dla nas taki rodzaj celebracji. Siadamy, wszyscy, wybieramy składniki...

... tak po włosku?

- Właśnie tak. Gada się i gotuje, a później to wszystko konsumuje. I to są dla mnie jedne z najprzyjemniejszych wieczorów.

Co pan lubi najbardziej z włoskiej kuchni?

- Właściwie wszystko... Z mięs, na przykład, stek Fiorentina, który ostatnio jadłem właśnie w Toskanii. To po prostu jest jakiś miód w gębie. Jestem też maniakiem trufli, przepadam za wszystkim co jest z truflami. Poza tym wszelkie pasty i pizze. Ze słodyczy - ciasteczka cantuccini, a do nich słodkie wino Vin Santo.

A z polskich potraw?

- Ostatnio objadałem się na przykład nóżkami w galarecie z octem - uwielbiam je. A niedawno jadłem giczkę cielęcą. Też pyszne.

A czym popija pan te wszystkie smakowitości?

- Generalnie winem.

Włoskim?

- Tak. Ja w ogóle jestem, jeżeli chodzi o trunki, bardzo prowłoski. Natomiast co do polskich napojów, to jestem wielkim fanem... kompotów.

Ma pan ulubiony?

- Z suszu. Uwielbiam. Jednak wierny jestem tradycji i piję go tylko w święta. W tym roku zresztą po raz pierwszy piłem go na ciepło, do tej pory zawsze tylko zimny. Ale, jak się okazuje, ciepły jest równie dobry.

W serialu gra pan faceta raczej zamkniętego w sobie i nieprzystępnego. Na ile jest to pan sam, a na ile kreacja?

- Ze mnie jest na pewno w tej postaci miłość do kuchni i jedzenia. A taka gburowatość i apodyktyczność Jerzego, czyli szefa kuchni, to już jest pomysł scenariuszowy. On jest takim mężczyzną "wycofanym", do którego trudno dotrzeć. Ja jestem raczej otwartą osobą... No, może bywam czasem odrobinę apodyktyczny. Parę osób pewnie by się pod tym moim stwierdzeniem podpisało.

Jakim więc jednym przymiotnikiem mógłby pan sam siebie opisać?

- Jednym się nie da. Ale jeżeli już bym musiał, to jestem... zmęczony. I spragniony wakacji. Ale szczęśliwy. Od czasu do czasu, oczywiście (szeroki uśmiech).

Michał Wichowski

Świat i Ludzie 11/2011

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje