Przejdź na stronę główną Interia.pl

Samotna na własne życzenie

Ulga. Właśnie to uczucie towarzyszy Alicji Bachledzie-Curuś (27), odkąd niedawno przyznała publicznie, że jej związek z Colinem Farrellem (34) należy już do przeszłości.

- Podjęliśmy z Colinem decyzję, by nasz związek przerodził się w ten bardziej przyjacielski, równocześnie odnosząc się z szacunkiem do uczucia, które nas łączyło - powiedziała w wywiadzie dla "Twojego Stylu".

Reklama

Kilka dni później magazyn "Daily Mirror" napisał, że irlandzki aktor jest zdruzgotany. Jego przyjaciel stwierdził: "To nie było tak, że Colin się znudził i postanowił coś zmienić. Jest załamany i miał naprawdę kiepskie Boże Narodzenie. Teraz mówi wszystkim, że jego noworoczne postanowienie to: zrobić sobie przerwę od kobiet". Wygląda na to, że słynny kobieciarz jest po prostu zszokowany tym, że po raz pierwszy to nie on zerwał, przeciwnie, to jego zostawiła kobieta...

Nie angażuje się, by się nie rozczarować

Ale właśnie tego można się było po Alicji spodziewać. Od dziecka była bardzo honorowa i uparta, wiedziała, czego w życiu chce. Nigdy nie czekała na to, co przyniesie los, tylko sama podejmowała decyzje.

To ona mając 6 lat zaciągnęła mamę za rękę do teatru muzycznego w Krakowie i powiedziała, że też chce tak jak te dzieci śpiewać i tańczyć. Samotny wyjazd za ocean, to też była wyłącznie jej decyzja. Miała 19 lat, gdy przyleciała do Nowego Jorku, by uczyć się aktorstwa. Wspomina ten czas jako trudną przygodę.

- Wyjechałam zaraz po świętach, w Nowym Jorku było strasznie zimno, minus 20 stopni, w sumie nie znałam nikogo, nie miałam gdzie mieszkać... - mówi. Ale nie załamała się. - Jestem twarda. Bardzo wytrzymała i wiele mogę znieść. Nigdy nie miałam momentu, że kładę się na podłodze i mówię: "Dość, dajcie mi spokój".

Ze wszystkich wypowiedzi Alicji rysuje się obraz osoby, która w życiu liczy tylko na siebie. Choć ma dużą i wpływową rodzinę, nigdy nie prosi o pomoc. W związkach też nie szuka wzajemnego wsparcia, nie ma wielkich oczekiwań, jest bardzo tolerancyjna. - Nie można uzależniać się od drugiej osoby, bo narażamy się tylko na rozczarowania. I tracimy na sile - mówi.

Nawet nianię, która opiekowała się jej synkiem, 16-miesięcznym Henrym Tadeuszem zwolniła, bo ta, jej zdaniem, za bardzo przywiązała się do malucha. Znalazła taką panią, która ma dystans i opiekę nad Henrym traktuje wyłącznie jako zawodowy obowiązek.

Skąd w Alicji ten lęk przed emocjonalnym zaangażowaniem? Nawet w codziennych kontaktach z ludźmi nie od razu potrafi być wesoła, przyznaje, że potrzebuje czasu, żeby się oswoić, poczuć bezpiecznie. Sama zdaje sobie sprawę, że ma w sobie za dużo samokontroli. - Bo czasem łatwiej jest żyć po omacku - mówi. - Jasne momenty mojego życia to te, gdy pozwalam sobie na ryzyko, na ruchy przez całą szachownicę, na szachy i maty - przyznaje.

Nie zamierza wracać do kraju

Czy to znaczy, że Alicja teraz zacznie kierować się intuicją i pozwoli sobie na szalony krok w życiu? Raczej nie. Wbrew pogłoskom, które pojawiły się niedawno, z powodu miłosnej porażki aktorka nie zamierza wyprowadzać się z Los Angeles i wracać do kraju. Choć tęskni za Polską i najbliższymi, podjęła decyzję: tam jest jej dom. Tam też będzie samotnie wychowywać synka.

- Ważne, by umieć w pewnym momencie spojrzeć na związek z boku i zastanowić się, czy idziemy we właściwym kierunku - stwierdziła Alicja. Kiedy spojrzała z boku na swój związek z Colinem, odkryła, że musi go zakończyć, zanim zostanie kolejną porzuconą przez gwiazdora kobietą. Tak więc zrobiła. I to także była na pewno dobrze przemyślana decyzja.

MH

Życie na gorąco 5/2011

Dowiedz się więcej na temat: Alicja Bachleda-Curuś | Colin Farrell | związek

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje