Przejdź na stronę główną Interia.pl

Los pokrzyżował jej wszystkie plany

​To, co się nie udało teraz, uda się za cztery lata w Brazylii.

Tuż przed olimpijskimi zmaganiami w Londynie nikt nie miał wątpliwości, że Maja Włoszczowska (28) jest niemal murowaną faworytką do zdobycia medalu dla Polski. Zawodniczka kolarstwa górskiego, zdobywczyni srebrnego medalu przed czterema laty w Pekinie, też nie ukrywała swoich aspiracji. - W Londynie chcę wygrać - mówiła. Dziś już wiadomo, że swoje nadzieje będzie musiała odłożyć na cztery lata.

Zamiast medalu będzie leczenie kontuzji

Reklama

Dwa lata temu została mistrzynią świata w kolarstwie górskim, czyli w dyscyplinie dla wytrzymałych i odważnych. Nie bez powodu często przed zawodami ogląda swój ulubiony film "Za wszelką cenę" Clinta Eastwooda. - On w piękny sposób pokazuje, że zawsze warto walczyć o swoje marzenia. I przypomina, że nigdy nie należy tracić nadziei - tłumaczyła niedawno Maja Włoszczowska. Być może teraz znowu będzie oglądała ten film i mocno wspierała swoich kolegów, bo Londyn okazał się dla niej za daleko! - Drobny upadek podczas treningu we włoskim Livigno skończył się dla mnie dramatycznie. Ostatnie dni to dla mnie mieszanka walki z bólem, załamania, rezygnacji, nadziei i ostatecznie pogodzenia się z losem - napisała na swoim blogu kilka dni temu Maja Włoszczowska.

Wcześniej lekarze po dokładnym zbadaniu zawodniczki, już w kraju jednoznacznie stwierdzili, że kontuzja naszej mistrzyni jest zbyt poważna, by były jakiekolwiek szanse na jej udział w tegorocznej olimpiadzie. Co więcej, lekarze nie są nawet pewni, czy Maja Włoszczowska jeszcze w tym roku będzie mogła wsiąść na rower! - Stan ogólny jest dobry, ale w miejscu urazu wygląda to krytycznie - mówi ortopeda Krzysztof Ficek z kliniki Galen, który badał Maję Włoszczowską. A sama zawodniczka już pogodziła się z tym, co się stało. - Miałam w sumie kilka dni, by się przekonać, że do Londynu nie pojadę. Jest mi przykro, bo miałam jechać po medal - mówi sportsmenka. Szybko okazało się, że oprócz złamania kości śródstopia potwierdziło się też w jej przypadku zerwanie więzadła oraz drugie złamanie kości skokowej, które nie było widoczne podczas rentgena zrobionego jeszcze we Włoszech. - Wszystkie uszkodzenia dały miażdżący wyrok: 6 tygodni. Oczywiście każde goi się inaczej i być może będzie można zaryzykować szybszy powrót na rower, ale na pewno mogę zapomnieć o igrzyskach i mogę zapomnieć o mistrzostwach - pisze na blogu Włoszczowska.

Za jej sukcesami zawsze stała mama

Delikatna, szczupła dziewczyna o ładnej twarzy i miłej aparycji wcale nie wygląda na wielką wojowniczkę, która zupełnie pozbawiona jest strachu. Jest nawet trochę nieśmiała i czasami jak dziecko lubi chować się za mamą. Za każdym razem powtarza, że to mama ją ukształtowała i dzięki niej tak wiele osiągnęła. - Dziękuję mamie, po której odziedziczyłam wszystko, co dobre. To najważniejsza osoba w moim życiu. Nie tylko doradca, ale także przyjaciółka - zawsze podkreśla zawodniczka. Dobrze też wie, że teraz w tak trudnych chwilach może liczyć na nią oraz brata Michała. Mama po rozwodzie sama wychowywała dwójkę dzieci.

A nie było łatwo, bo przyszła mistrzyni zaczęła jeździć na rowerze już w wieku 6 lat. Mama niekiedy musiała nawet hamować córkę, żeby ta zbytnio nie zachłysnęła się swoimi kolarskimi sukcesami. Pokazywała jej, że poza sportem są też inne ważne sfery życia, których nie powinna pomijać. - Po mamie mam też to, że we wszystkim muszę być najlepsza - dodaje z odcieniem ironii Maja Włoszczowska. Teraz zawodniczka wykorzystuje swoją wiedzę i pomaga mamie prowadzić firmę Quest, która produkuje ubrania sportowe, głównie kolarskie. Sama też projektuje stroje, ale z oczywistych względów ma na to niewiele wolnego czasu.

Chłopak chce, żeby ścigała się aż do Rio

Maja Włoszczowska w każdej sytuacji stara się widzieć jakieś plusy i podobnie jest teraz. Zawodniczka podczas konferencji, już po badaniach, zapowiedziała swój start na... olimpiadzie w Rio de Janerio w 2016 roku! - Mój chłopak powiedział, że za to, że jestem taka dzielna, pozwoli mi jeszcze cztery lata się ścigać, więc jest szansa, że do Rio dojadę - żartowała na konferencji Włoszczowska, zapewniając jednak, że skupi się na tym, by "odbić sobie tegorocznego pecha dużo wcześniej". W końcu Przemysław Zawada, jako kierowca rajdowy, dobrze wie, jak ważna jest dla sportowca możliwość realizowania swojej pasji i spełniania marzeń.

Londyn był ważny nie tylko sportowo

Maja Włoszczowska chce teraz wspomagać polskich sportowców występujących w Londynie. Będzie trzymała za nich kciuki i jest przekonana, że i bez niej polska reprezentacja wróci do kraju z tarczą. Nie wyklucza też, że sama pojawi się w Londynie. Oczywiście już nie w zawodach, ale żeby obejrzeć zmagania w kolarstwie górskim i swoją obecnością wesprzeć polską ekipę, która według niej może sprawić niespodziankę kibicom. Jest jeszcze jeden powód, dla którego Włoszczowska odwiedzi Londyn. To miasto jest też dla niej ważne ze względów prywatnych. Od lat mieszka tu i pracuje jej ojciec Ryszard, który kiedyś opuścił rodzinę i drugi raz się ożenił. Być może teraz, gdy nie będzie zajęta przygotowaniami do startu i samą rywalizacją, uda się im spotkać i chociaż chwilę porozmawiać. A potem? Potem żmudna rehabilitacja i walka o powrót na kolarskie trasy. Wierzymy, że walka wygrana.

JM


Życie na Gorąco 31/2012

Dowiedz się więcej na temat: Maja Włoszczowska | Londyn 2012 | kolarstwo | kontuzja

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje