Przejdź na stronę główną Interia.pl

Korzystam z życia, bo nie wiem co przyniesie jutro

Żyje, by realizować marzenia. Najchętniej te dziecięce, o podróżach. Ma już kolejne – o domu w... Tunezji. Dzisiaj już wie, że wkrótce je zrealizuje.

Najbardziej znany prezenter pogody, dziennikarz telewizyjny, fotoreporter i podróżnik. Teraz przede wszystkim szczęśliwy ojciec dwuletniego Franciszka. Podróże były jego największą pasją zawsze. Nie zamierza z nich rezygnować nigdy. Oto cały Jarosław Kret (49).

Reklama

Naszą rozmowę zacznijmy od pana wielkiej pasji, czyli podróżowania. Dlaczego ono pana tak fascynuje? Czy przypadkiem z pana Jarosława nie wychodzi mały Jaruś ze swymi dziecięcymi marzeniami?

Jarosław Kret: - Oczywiście! Moja pasja do podróży to nic innego jak spełnienie dziecięcych marzeń. Zawsze byłem ciekaw świata. Ciągnęło mnie do natury. Lubiłem patrzeć na roślinki, robaczki i inne zwierzątka. Mogłem to robić w nieskończoność.

Rodzice pomagali panu jakoś rozwijać te pasje?

- To były zupełnie inne czasy. Wtedy nie było możliwości, żeby ot tak sobie pojeździć po świecie. Dlatego rodzice zabierali mnie jedynie na wycieczki po Polsce.

A czy pana syn Franciszek ma podobne zainteresowania?

- Przyglądam się uważnie mojemu Franiowi, który właśnie kończy dwa lata. I ku mojemu wielkiemu zdziwieniu... ciągnie go tylko do samochodów! Jeżeli nic się w tej kwestii nie zmieni, to pewnie w przyszłości może być kierowcą rajdowym. No i nie pójdzie w ślady ojca, nie zostanie podróżnikiem...

I znowu wracamy do podróży. Czym świat tak pana fascynuje? Czego pan tam szuka?

- Szukam ciepła i słońca. I właśnie dlatego wymyśliłem sobie, że będę robić wszystko, aby kupić dom w Tunezji. Jest tam czysto, bezpiecznie i - mimo że to już Afryka - leży stosunkowo blisko Polski. W dzisiejszych czasach dolecę tam raptem w trzy godziny. Marzę o domku z widokiem na morze i oczywiście z... palmą. Wiem, że zrealizuję to marzenie. Co prawda myślałem także o zamieszkaniu na Krecie, ale stwierdziłem, że przesadnie dużo byłoby tych Kretów w dowodzie. (śmiech)

Zaskoczył mnie pan tą informacją. Myślałam, że wolałby pan zamieszkać na przykład w Egipcie. W końcu z wykształcenia jest pan egiptologiem!

- Był taki czas, w którym bardzo poważnie myślałem o przeprowadzce do Kairu... Doszedłem jednak do wniosku, że będzie lepiej, jeżeli zostanę w Polsce. A zamiast życia w kraju faraonów zorganizuję sobie w to miejsce jakąś inną fajną odskocznię od codzienności, np. w Tunezji.

A Franciszek był już z panem w ukochanej Tunezji?

- Wydaje mi się, że jeszcze jest na to za mały. Jak na razie był ze mną jedynie nad polskim morzem. Fajnie jest, gdy takie małe dziecko podróżuje. Ma wtedy możliwość poznania różnych bodźców. Natomiast uważam, że branie ze sobą małego dziecka w długie i męczące podróże to nic innego jak zwykłe fanaberie rodziców. I dlatego nie wziąłbym dwuletniego Franka do Indii. Bo niby po co miałbym kusić los? My sami, jadąc w tamte rejony, narażamy się na różne choroby. Nie mam ochoty fundować tego swojemu dziecku. Przede wszystkim Franciszek powinien nauczyć się żyć w swoim środowisku. Jak będzie miał już te 5 lat, to może wtedy zacznę go zabierać w egzotyczne miejsca...

I na dobry początek razem wybierzecie się do...

- Dla takiego małego dziecka to naprawdę bez znaczenia. Dla niego najważniejsza jest osoba, z którą wybiera się w taką podróż, a nie miejsce. I czy zabiorę go na Antarktydę, czy do Afryki, to będzie mu obojętne. Ważne, żeby był z nim jego tata, który zawsze i wszędzie zapewni mu bezpieczeństwo. Obserwuję go, staram się zrozumieć i dowiedzieć się czego tak naprawdę chce. A później dostosuję się do jego potrzeb. Oczywiście mogę mu coś narzucać, tylko po co?

Nie miałam na myśli narzucania, ale raczej wskazanie dziecku właściwej drogi...

- Chciałbym, aby Franciszek miał wolność wyboru. Będę go zawsze i we wszystkim wspierał. Oprócz tego zapewnię mu również zaplecze finansowe. Wezmę go ze sobą w kilka ciekawych miejsc, bo wiem, że powinien poznawać świat. Jeżeli jednak zobaczę, że on z tych wypraw nie czerpie radości, to dalej nie będę go do tego zmuszał. To nie ma sensu. Niech robi to, czego naprawdę pragnie, żeby później niczego nie żałował. Jeżeli natomiast zechce wyruszyć w świat i go poznawać, to na pewno mu tego nie zabronię. 

I nie będzie pan się trząsł ze strachu, wiedząc, że Franciszek jest gdzieś daleko?

- Wiadomo, że rodzice zawsze będą zdenerwowani, gdy ich dzieci znajdą się daleko od domu. Ale przecież nie można popadać w paranoję. Równie dobrze mógłbym przejmować się tym, że Franio zostaje w domu z nianią. A ta zabiera go na lotnisko, ponieważ on uwielbia obserwować samoloty. Tam również mogłoby stać się coś złego. Ale nie wolno tak podchodzić do sprawy, trzeba zawsze myśleć pozytywnie. On musi nauczyć się dawać sobie radę w życiu. A ja jako ojciec powinienem mu powiedzieć, jak to należy robić.

Długo czekał pan z założeniem rodziny. A nie myśli pan o rodzeństwie dla Franciszka?

- Nigdy nad takimi rzeczami nie rozmyślam. Natura sama o tym zadecyduje. Żyję i daję żyć innym. Korzystam z życia jak mogę, bo nigdy nie wiadomo co mnie czeka jutro. Chwytam dzień. Natomiast uważam, że każdy człowiek powinien wykształcić w sobie jedną, ale jakże ważną, umiejętność. Musimy nauczyć się cieszyć radością innych. Jeżeli chcemy być szczęśliwi, to powinniśmy szczęście umieć przyciągnąć. Ono samo nie przychodzi do ludzi ot tak. Ale są jedne proste drzwi do szczęścia - szeroki uśmiech. Nauczyłem się tego już jakiś czas temu i to rzeczywiście działa! Sprawdzam każdego dnia!

Alicja Dopierała

Świat i Ludzie 13/2012

Dowiedz się więcej na temat: Jarosław Kret | podróżnik | ojcostwo

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje