Przejdź na stronę główną Interia.pl

Kolacja na 4 ręce - część II

Noc wigilijna ma to do siebie, że wtedy wszystko się może zdarzyć. Nawet spotkania nie z tej ziemi.

Grażyna Torbicka

Dziennikarka i prezenterka telewizyjna. Autorka programu "Kocham kino" w TVP2 poświęconego sztuce filmowej. Wielokrotna laureatka Telekamery w kategorii Nagroda Publiczności, zdobywczyni złotej statuetki Wiktora.

Reklama

Arthur Miller (1915-2005), pisarz, dramaturg, scenarzysta filmowy. intelektualista i laureat nagrody pulitzera. Jego najsłynniejsze sztuki to "Czarownice z Salem" i "Śmierć komiwojażera". Mąż Marilyn Monroe. Arthur Miller, jeden z moich ulubionych pisarzy, urodził się na Manhattanie w rodzinie żydowskiego kupca, emigranta z Polski. Żył prawie 90 lat, ale ani razu nie przyjechał do kraju rodziców. Nie rozumiem dlaczego? Gdy człowiek żyje tak długo, ma potrzebę poznania własnej przeszłości, zrozumienia, skąd się wziął.

Co spowodowało, że Millera to nie interesowało? Miał wiele obliczy. Z jednej strony był obrońcą tolerancji i demokracji, z drugiej, wrażliwcem, który potrafił skupić się na problemach pojedynczego człowieka.

Tę rozpiętość widać w jego dramatach. "Czarownice z Salem" to pełna pasji metafora prześladowań ludzi przez władzę. "Śmierć komiwojażera" - obraz ostatniego dnia życia wędrownego sprzedawcy. Pierwsza sztuka kipi od namiętności i okrucieństwa, druga jest przepełniona smutkiem, bardzo kameralna. Naturalnie nie mogłabym nie zapytać Millera o żonę, Marilyn Monroe. Dlaczego się z nią ożenił? Wiem, wiem…

Aktor Laurence Olivier, który zresztą nie przepadał za Monroe, mówił, że marzy o niej 150 milionów mężczyzn, ale akurat w tym przypadku decyzja o małżeństwie nie jest dla mnie oczywista. Przecież Miller, intelektualista, człowiek świetnie znający ludzką psychikę, musiał wiedzieć, w co się pakuje. Zapytałabym go, czemu nie poprzestali na romansie. Gdzie się poznali? Kiedy zobaczył w niej coś więcej niż tylko piękne twarz i ciało? Na czym polegało ich duchowe porozumienie? Ten związek przetrwał pięć lat i choć w scenariuszu jej ostatniego filmu "Skłóceni z życiem" przedstawił ją w bezlitosny sposób, to zachowali dla siebie sympatię i szacunek. I jeszcze jedno mnie intryguje. Pierwsza sztuka Millera "Wszyscy moi synowie" wystawiona na Broadwayu i wyreżyserowana przez Elię Kazana była spektakularną porażką.

Ile siły trzeba mieć, by się nie załamać? Skąd ten hart ducha w studencie przymierającym głodem, synu niepiśmiennego ojca? A naprawdę to nie musiałabym zadawać Millerowi żadnych pytań. Chciałabym z nim posiedzieć, pomilczeć. Po setkach wywiadów wiem, że to tajemnicze coś, co nie potrzebuje słów, jest w kontakcie z inną osobą najważniejsze.

Marcin Hycnar

Jeden z najzdolniejszych aktorów młodego pokolenia, od początku kariery w zespole teatru narodowego. Znany z serialu "Barwy szczęścia" i z głośnej ostatnio kreacji w "Tangu" Sławomira Mrożka.

Leopold Tyrmand (1920-1985) pisarz (m.in. autor słynnego "Złego") i publicysta. Kolorowy ptak PRL-u i lider ruchu jazzowego lat 50. Znany z niekonwencjonalnego stylu bycia. Niedawno jedna ze studentek reżyserii poprosiła mnie, żebym na jej egzaminie zagrał Tyrmanda. Przy tej okazji znów przeczytałem "Dziennik 1954" i pomyślałem: "Jakie to nowoczesne". Gdybym mógł spotkać pisarza, chciałbym go jednak przycisnąć do muru. Żeby szczerze odpowiedział mi na pytanie: Kim był i dlaczego ukrywał prawdę o sobie? Nie przyznawał się do żydowskiego pochodzenia.

Raz sugerował, że jest Skandynawem, raz, że Francuzem. Podczas II wojny światowej w Wilnie pisał do "Komsomolskiej Prawdy". A przecież NKWD aresztowało go za działalność antyradziecką, a w latach 50., m.in. w "Dzienniku", krytykował komunizm. W tym samym czasie szeptano, że ceną za publikację "Złego" była kolaboracja z władzą. On, oskarżany o szerzenie pornografii, po wyemigrowaniu do Stanów zarzucał "Playboyowi" nadmierną rozwiązłość.

Takich skrajności było w biografii Tyrmanda więcej. Nawet jego znajomi się w tym gubili. Dla jednych był nadętym snobem, inni uznawali go za świetnego kumpla. Do czasu, kiedy nie dowiedzieli się, że gdzieś właśnie zmieszał ich z błotem… Gdyby był tchórzem, nie uciekłby z Wilna w brawurowy sposób, zgłaszając się na dobrowolne roboty do Niemiec. Gdyby był konformistą, nie pogrzebałby szans na karierę w Ameryce, popierając niepopularną wojnę w Wietnamie. Wszystko co robił, było nie tyle wyrażaniem własnych poglądów, ile ustawianiem się w kontrze. Pewnie nie odpowiedziałby na żadne z poważnych pytań. Miałbym w zanadrzu parę lżejszego kalibru. Na przykład, jak zdobył słynne kolorowe skarpetki w czasach stalinizmu? Pogadalibyśmy sobie i rozeszli w różne strony. Myślę, że jesteśmy dość różnymi ludźmi. Co nie zmienia faktu, że Tyrmand mnie fascynuje...

Kazimierz Kutz

Reżyser, scenarzysta, senator. Twórca ponad dwudziestu filmów fabularnych (m.in. "sól ziemi czarnej"). W tym roku na festiwalu w gdyni odebrał platynowe lwy - nagrodę za całokształt twórczości.

Wojciech Korfanty (1873-1939), dziennikarz, polityk, przywódca narodowy Górnego Śląska. Związany z Chrześcijańską Demokracją. Wicepremier w rządzie Wincentego Witosa. Połowę życia zajmuję się swoją tożsamością i ukochanym Śląskiem. Cała jego skomplikowana historia ciągnie się za ludźmi stamtąd jak przekleństwo. Kompleks odrzucenia przez Polskę jeszcze w średniowieczu, potem wyzysk Niemców i traktowanie Ślązaków jak niewolników, z pogardą. Lata upokorzeń i bieda sprawiły, że ten "narodek", jak pisał Krasicki, zatracił instynkt wolności. Jego bunty, walka były raczej próbą upomnienia się o sprawiedliwość społeczną niż chęcią zdobycia niezależności. Czy ktoś to mógł zmienić? Tylko Wojciech Korfanty.

Dlatego, gdybym mógł się z nim spotkać, zadałbym mu jedno, ale zasadnicze pytanie: Czemu nie uczynił pan wszystkiego, co było można, by Śląsk zyskał dla siebie niepodległość? Korfanty, wykształcony, ale pochodzący z ludu pyskaty gość, potrafił porwać za sobą tłumy. O polityce myślał po europejsku. Stając na czele III powstania śląskiego, musiał przewidywać różne warianty przyszłości. Co się stało, że w pewnej chwili się wycofał? Podejrzewam, że zaważyły dwie rzeczy. Pierwsza, to jego niechęć do przemocy. Druga, to miłość do Polski. W gimnazjum zakochał się w poezji Mickiewicza, Słowackiego i Norwida. Dała mu natchnienie do działania, ale i zaszczepiła mit klęski.

Zainfekowany polskością nie potrafił pogodzić tego zauroczenia z myśleniem o tym, co akurat dla Śląska było najlepsze. Tak jak mężczyzna ulega pięknej kobiecie, choć potem okazuje się, że ona ani obiadu nie ugotuje, ani dziecka nie potrafi przewinąć. Bo Polska nie potrafiła mu się odpłacić. Umarł w celi więziennej otruty arszenikiem. Czemu, panie Korfanty, poszedłeś tą drogą? Przez to do dziś na Śląsku nie można być Ślązakiem, tylko Polakiem albo Niemcem.

Maria Barcz

Przeczytaj część pierwszą

Tekst pochodzi z magazynu

Pani

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje