Przejdź na stronę główną Interia.pl

Gok Wan wspomina dzieciństwo

Zanim został stylistą, blogerem, prowadzącym programy telewizyjne i wyrocznią mody dla wielu kobiet, Gok Wan był grubym, pryszczatym, zakompleksionym Chińczykiem w Anglii, gejem i zapracowanym dzieciakiem. Udało mi się pokonać słabości i pokochać siebie. Teraz uczy innych, jak akceptować swoje ciało i ubierać się tak, by czuć się dobrze.

"Puklerz mody ze ściegiem w warkocze" - fragment autobiografii Gok Wana "Lata chude, lata tłuste":


Reklama

Zanim jeszcze skończyłem jedenaście lat, zdawałem sobie sprawę, że jestem gruby. Poszedłem do podstawówki jako pulchny chłopaczek i tyłem w miarę odkrywania w sobie pasji do jedzenia.

Uwielbiałem nawet szkolne obiady. Mama nigdy nie chciała szykować w domu angielskich potraw, a kiedy już z rzadka zdarzyło jej się coś takiego, to było okropne. Jej frytki były fatalne, ale ja jako jedyny z rodziny udawałem, że mi smakują, bo warto było katować się tłustym smakiem bez wyrazu, żeby nie sprawić jej przykrości.

W domu prawie zawsze więc jedliśmy chińszczyznę. Zmusiłem się nawet do polubienia liczi, których z początku nie cierpiałem. Tata przynosił je nam do domu, a skoro Oilen i Kwok-Lyn je jedli, to nie chciałem być gorszy. Jednak bardzo lubiłem angielską kuchnię, zwłaszcza w dobrym wydaniu, i uważałem, że szkolne obiady są przepyszne. Dostawałem dokładki i opychałem się, ile wlezie.

Cała nasza trójka tak bardzo uwielbiała kurczaka w potrawce, że mama poszła do szkoły po przepis

(założę się, że była jedyną mamą, która coś takiego zrobiła). Jako dzieci z osiedla komunalnego dostawaliśmy darmowe mleko. Dla mnie pychota.

A jeszcze w szkole podstawowej była jaskinia Aladyna - sklepik. Ten istny stół szwedzki ze smakołykami stanowił pokusę, której nie można było się oprzeć. Pod pozorem, że chcę tam pomagać, udało mi się zwinąć wiele torebeczek moich ulubionych chipsów o smaku sosu worcester. Poza chrupkami uwielbiałem czekoladę i inne słodycze (ale unikałem tego, co wymaga długiego żucia - najważniejsze, żeby się szybko napchać).

Etapy naszego życia nadal wiązały się z jedzeniem. Przez większość czasu myśleliśmy o tym, co jemy albo co będziemy jeść. Tata chciał, żebyśmy trenowali karate, i - podobnie jak w przypadku lekcji chińskiego - jedynym sposobem, żeby nas do tego zmusić, było przekupstwo. Po treningu dostawaliśmy kubeł Kentucky Fried Chicken. To głównie zapamiętałem z karate - nie strój czy ćwiczenia, ale te lekko chrupiące, a zarazem soczyste, mocno nasycone olejem kawałki kurczaka z fast foodu. Jedzenie sprawiało, że było mi ciepło, przyjemnie i przepełniało mnie szczęście. Ale w małych Chinach zbierało się na wielką burzę.

***

W szkole średniej nawet jedzenie mi nie pomagało. Od samego początku szło mi tam jak po grudzie. Czułem się obcy. Nie byłem prymusem, byłem gruby, mieszanej rasy i wyraźnie odróżniałem się od reszty. Ja jeden po lekcjach szedłem do restauracji i pracowałem w weekendy. A w miarę jak dojrzewałem, zaczynałem sobie uświadamiać, że i moja seksualność nie jest taka jak innych chłopców. I oni też to czuli.

Byłem wymarzoną ofiarą klasową. Komu łatwiej dokuczyć, jak nie grubemu, pedałowatemu Chińczykowi? W jednej chwili odebrano mi poczucie bezpieczeństwa, jakie miałem w szkole podstawowej.

Szkoła średnia była dla mnie jak kubeł zimnej wody.

Z początku rówieśnicy tylko mnie ignorowali, tak jak ignorowali inne nieatrakcyjne dzieci. Trzymałem się z takimi samymi odrzutami jak ja, których dostrzeganie wydawało się czymś poniżej godności tym z grupy popularnych. Ale ta nasza przyjaźń była bardziej z musu niż z wyboru. Nikt inny nas nie chciał, a w grupie czuliśmy się bezpieczniej. Choć miałem tych kilkoro przyjaciół, czułem się wyobcowany i strasznie samotny - naprawdę zaczynałem nienawidzić swojego wyglądu.

Kiedy dało mi się we znaki dojrzewanie, zacząłem rosnąć i w wieku trzynastu lat miałem już prawie metr osiemdziesiąt. Ważyłem o wiele za dużo, choć nie wiem dokładnie ile. Na pewno ponad siedemdziesiąt sześć kilogramów. Byłem potężniejszy niż większość znanych mi dorosłych. Poza tym moja skóra eksplodowała pryszczami, a moje czarne włosy stale były tłuste. Krótko mówiąc, uważałem się za najbardziej nieatrakcyjną osobę na świecie.

Snułem marzenia, jak bym wyglądał, gdybym miał magiczną moc dokonania przemiany. Byłbym szczupły i przystojny. Miałbym płaską, choć dobrze umięśnioną klatkę piersiową, a nie taką jak u tłustej dziewczyny. Miałbym prężny brzuch z ładnym małym pępkiem dokładnie pośrodku, a nie takim, który ginie gdzieś głęboko w zwałach tłuszczu. Moje ręce byłyby silne i szczupłe, a nie takie ciastowate. Byłbym szatynem o gładkiej różowawej cerze i dużych, interesujących oczach zamiast tych szparek bez wyrazu.

Rozpaczliwie chciałem poczuć się atrakcyjny i dopasować się do reszty. Ale z każdym rokiem było tylko gorzej. W Babington Community College nie obowiązywały mundurki, nosiłem więc jedynie to, co było w moim przypadku praktyczne - dresy Marks & Spencer. Spodnie z gumą w pasie były przykrótkie na moje długie nogi. Przez to jeszcze bardziej odróżniałem się od reszty. Nienawidziłem tych dresów. Były okropne i w nich czułem się jeszcze bardziej paskudny. Miałem wrażenie, że są jak więzienny kombinezon, tyle że zamiast odpowiedniego znakowania piętnuje mnie ich kiepski krój.

Z każdym dniem moje poczucie własnej wartości leciało w dół,

a brak pewności siebie robił ze mnie łatwy cel dla dręczycieli. Zaczęło się stopniowo, ale jak już ruszyło, to coraz intensywniej, nacierało ze wszystkich stron. To nie była przemoc w hollywoodzkim stylu, nie przybierała formy szturchnięć, kopniaków czy pobicia. Może z czymś takim łatwiej bym sobie poradził. Ale byłem wysoki i miałem dość masy, żeby każdy, nawet największy łobuz, dobrze się zastanowił, zanim odważyłby się mnie zaatakować.

Dokuczanie mi niespecjalnie rzucało się w oczy. Gdyby było jawne, to też pewnie znosiłbym je lżej, bo mógłbym podjąć grę i może nawet w jakiś sposób się odgryźć. Ale nigdy nie uwziął się na mnie jakiś chuligan czy nawet dwóch. To było coś bardziej podstępnego i zmyślnego. Takie kap, kap, kropla po kropli, ubliżające mi szepty, szydercze uśmieszki, sączący się strumyk kpin i przezwisk. Wydawało się, że wszyscy są przeciwko mnie. Nauczyciele zdawali się nic nie zauważać, tak jakbym tylko ja słyszał te ściszone głosy w klasach, na korytarzach czy w stołówce, tę niekończącą się szyderczą litanię.

I choć nie zdarzały się teatralne ciosy, dowcipy w rodzaju strzelania z papierowej torby czy typowe rozkładanie na łopatki grubasa, to bez przerwy trwało takie malutkie poszczypywanie, szturchańce i podkopywanie ze wszystkich stron - kiedy stałem w kolejce w stołówce lub czekałem na zajęcia pod klasą. To były miniaturowe ataki, zbyt nieistotne, żeby iść ze skargą albo narzekać, ale przez swoje zmasowanie bardzo bolały i rozbijały psychicznie. Rówieśnicy prowadzili przeciwko mnie wojnę psychologiczną, byłem bezradny, nie miałem jak się bronić.

Mogłem tylko słuchać, aż wszystkie te słowa zaczęły pobrzmiewać echem w moich myślach i uwierzyłem, że oni mają rację -

jestem głupi, gruby, brzydki, łakomy, jestem śmieciem, jestem gejem...

To znęcanie się nade mną sprawiało, że czułem się strasznie samotny, bo nikt inny nie zauważał, że coś takiego się dzieje, a nie chciałem z nikim rozmawiać o swoim upokorzeniu. Bałem się też powiedzieć o tym komuś z rodziny. Mieli dość własnych problemów.

W Leicesterze powstawało wiele nowych chińskich restauracji. Wszystkie naśladowały tę, którą stworzył tata. A pod koniec lat osiemdziesiątych zaczął się kryzys. Ludzie nie wydawali pieniędzy na jadanie namieście. Nasz notes z rezerwacją stolików nie był już pełen zapisów.

Tata zaczynał odczuwać skutki tej sytuacji, martwił się o zdrowie - swoje i mamy. Byli wiecznie przemęczeni, nigdy nie mieli czasu dla siebie. Poza restauracją bez reszty poświęcali się dzieciom. Nigdy nie mieliśmy wakacji, jak większość rodzin, bo nie było dobrej pory, żeby na jakiś czas zamknąć lokal. Rodzice robili sobie wolne od pracy tylko podczas okazjonalnych odwiedzin u babci, matki mojej mamy, a te nigdy nie trwały dłużej niż dwa, trzy dni.

Tak więc w wieku trzynastu lat i ja byłem skrajnie wyczerpany - w tygodniu chodziłem do szkoły, a w weekendy pracowałem w restauracji. Życie naszej rodziny zdominowała Panda [restauracja rodziców Goka - przyp. red.] i wydawało się, że jesteśmy najciężej pracującą rodziną w mieście, ale wiedziałem, że to dla nas kwestia być albo nie być.

Strasznie samolubne byłoby powiedzenie rodzicom, jak bardzo jestem nieszczęśliwy,

kiedy tak ciężko szedł im biznes i robili wszystko, żeby tylko nie utonąć. Nie próbowałem też walczyć ze swoją pozycją szkolnej ofiary, bo nie wiedziałem, jak się bronić. Starałem się po prostu jakoś wytrzymać docinki - ciota, gruby, balon, świrus, pedał, głupek - ale strasznie mnie to męczyło, odbierało mi całą pewność siebie i sprawiało, że sam siebie nienawidziłem.

Życie stało się ciągłym zmaganiem, by jakoś znieść okrucieństwo rówieśników, którzy nawet nie wiedzieli, jak wielkie mają szczęście, że są "normalni". Jedynym sposobem, jaki przychodził mi do głowy, żeby przerwać to wszystko, było zadowolenie prześladowców i zaprzyjaźnienie się z nimi, więc zacząłem strugać wariata.

Wkrótce robienie z siebie głupszego, niż jestem, weszło mi w krew. Wykombinowałem sobie, że jeśli sam z siebie się wyśmiewam, to tamci zostawią mnie w spokoju. Pomyślałem, że odkryłem sposób obrony i że niewidzialna zbroja nienawiści do samego siebie jest kuloodporna - ale oczywiście nie była. Dawała im kolejny powód do patrzenia na mnie z góry. I szydzili ze mnie jeszcze bardziej.

***

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje