Niestety obawiam się, że nasze relacje w rodzinnym domu stygmatyzują nasze późnejsze życie. Z jednej strony to niesamowite, jak możemy szktałtować to, co nasze dzieci potem będą miały "pod sufitem", a drugiej - to nokautująca odpowiedzialność.
Mam dwoje dzieci i dla ich dobra postanowiłam być "wywrotową mamą". W końcu, kiedy i skąd mają się naczuć, jak żyć, jeśli nie teraz i nie ode mnie? Nie chcę, żeby podzieliły mój los. Chcę, żeby teraz rozwijały swoje talenty, zainteresowania, poszerzały horyzonty, uczyły sie asertywności, znały pszeszłość każdego z członków rodziny, umiały rozmawiać i pokojowo rozwiązywać konflikty, wiedziały, że nie wszystko w życiu musi się udać. Mi się wiele nie udało. One nie muszą się poobijać na tych samych zakrętach.
Nasz dom jest jak okręt. Kapitan - to ja, ale skoro płyniemy razem, kurs wyznaczamy wspólnie. I mam nadzieję, że im w życiu się uda...